10 najdziwniejszych samochodów z książki „The worst cars ever sold in Britain”

Dzięki Pawłowi D. w moje ręce trafiła wspaniała książka. Oto „The worst cars ever sold in Britain” Gilesa Chapmana. Giles Chapman to zawodowy autor książek motoryzacyjnych. Ma na koncie wiele wspaniałych pozycji, które należałoby przenieść na polski grunt. Na przykład „Mój stary miał kiedyś takiego”, czyli książka o nostalgicznych gruchotach. Albo „Jak zarabiać forsę sprzedając szmelc z bagażnika”. Bicz pliz! To są świetne książki, muszę napisać polskie wersje!

Tymczasem oto „Najgorsze samochody sprzedawane w Wielkiej Brytanii”. Chapman opisuje je z lekkością i swadą, której brakuje polskim autorom. U nas wszystko musi być takie ciężkie i faktograficzne do bólu. Wśród najgorszego złomu z brytyjskiego rynku jest oczywiście Polonez, któremu Giles zarzuca głównie brak składanej tylnej kanapy. Poloneza uzupełnia Skoda 120 LS (Estelle), Yugo Florida/Sana i Dacia 1300, zwana tu „Denem”. Ale nie widzę sensu znęcania się nad Polonezem, oto 10 najdziwniejszych pojazdów z tej książki.

1 . Allard Clipper

Sydney Allard był gęstym świrem, który uwielbiał rajdy samochodowe. Miał na swoim koncie jeden niewątpliwy sukces: w 1952 r. wygrał rajd Monte Carlo na samochodzie własnej konstrukcji – zdarzyło się to tylko ten jeden raz w historii. Niestety, Allard podjął też wiele prób budowy samochodów dla klientów, którzy nie za bardzo byli w stanie docenić jego geniusz. Rozochocony sukcesem z Monte Carlo wymyślił, że podbije rynek małych samochodów swoim pojazdem o nazwie Clipper. Zatrudnił designera i firmę do produkcji laminatowych nadwozi, następnie wszystko razem złożono do kupy w pilotażowej partii 20 sztuk i przedstawiono klientom do obejrzenia. Klienci byli przerażeni widząc pokracznego potworka z jednym kołem z przodu, trzema miejscami obok siebie i dwoma rozkładanymi za kabiną (rumble-seat), napędzanego 350-centymetrowym silnikiem Villiersa. Sydney Allard chciał, żeby Clipper był jak najtańszy, więc zastosował półosie ulepione ze śliny i trocin. Pojazdy z partii pilotażowej psuły się co kilka mil, więc nie sprzedał się żaden. Większość zniszczono, 3 przetrwały, z czego jeden w Niemczech, drugi w Wielkiej Brytanii (miał 9 właścicieli tylko w latach 1955-1962), a trzeci diabli wiedzą gdzie jest, ale są zdjęcia.

2 . Burney Streamline

Dziwnomierz nap… w końcówkę skali, gdy zbliży się do niego Burneya Streamline. Sir Dennistoun Burney był konstruktorem sterowców, które zachwycały publikę, okazjonalnie spadając i wywołując gigantyczne pożary. Ten ficzur zachowano w pojeździe konstrukcji Burneya. Był to wielki, 7-osobowy fastback z silnikiem z tyłu, całkowicie płaskim podwoziem i niezależnym zawieszeniem wszystkich kół. Jakby mało było dziwności, koła zapasowe umieszczono w kieszeniach drzwi od środka. A co z tymi pożarami? Ano było tak: wczesny prototyp miał za słaby silnik, więc w kolejnym umieszczono mocniejszy. Mocniejszy silnik generował więcej ciepła, więc bardziej się grzał, ale nie przewidziano dodatkowego chłodzenia. Grzał się tak, że farba zaczynała się palić i cały samochód stawał w płomieniach jak sterowiec. Powstało 25 sztuk. Zachował się ponoć jeden. Ogólnie każdy Burney był inny, bo nadwozie można było sobie zamówić wedle uznania.

3 . Fairthorpe Atomota

Już sama nazwa brzmi dziwnie, ale w zestawieniu z wyglądem tego pojazdu wydaje się całkiem normalna. Ogólnie marka Fairthorpe założona przez Donalda Bennetta, weterana II wojny światowej, nie była zła – produkowała tanie, sportowe kit-cary i roadstery. Gorzej, gdy chcieli zbudować „ekonomiczne auto sportowe”. Zbudowali wówczas potworka o nazwie Atom, ale miał za słaby silnik motocyklowy, a klienci preferowali wersję z dachem. Dobra, zróbmy dach – zarządził prezes, ale że nie za bardzo mieli fundusze, to zrobili jak umieli. Dodali też nazwę-palindrom Atomota. W 1958 r. modne były tylne skrzydła/płetwy, więc cyk-fik-pach, oto i skrzydła. Cóż z tego, że całość wyglądała jak robiona domowym sposobem za karę, albo jak nieudana praca domowa z ZPT? Miało być tanio i szybko. I było. Ale nawet angielscy klienci, przyzwyczajeni do ogólnej brzydoty, mają swoje granice i nie kupowali tego stylistyczno-jakościowego cacka. Ależ czemuż?

4 . Invicta Black Prince

Pretensjonalniejszej nazwy się już chyba wymyślić nie dawało. Invicta była przedwojenną marką, która chciała odkuć się po wojnie, konstruując najbardziej zaawansowany samochód na rynku. Wszystko było w nim absolutnie wspaniałe i wyjątkowe, napakowali do niego takie ilości technologii, że dziw jak to w ogóle działało. A nie, nie działało. Ale do tego dojdziemy. Trzylitrowy, aluminiowy silnik Twin Spark z 3 gaźnikami. 24-voltowy rozrusznik. Płyta podłogowa z nadwoziem mocowanym na specjalnych poduszkach pochłaniających wibracje. No i najważniejsze – skrzynia biegów, protoplasta dzisiejszych CVT nazwana „Hydro Kinetic Turbo Transmitter”. Wszystko wspaniałe i z najwyższej półki. Był tylko jeden problem: brak dobrych materiałów, więc budowano z tego, co jest. O ile silnik nawet działał, o tyle skrzynia HKTS nie była w stanie tego zdzierżyć i psuła się średnio raz dziennie. Samochód ten kosztował, w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze, ok. 550-600 tys. zł jako nowy. Wyobraźcie sobie nowy wóz za tyle hajsu, który psuje się raz dziennie. Zbudowano 16 sztuk. Przetrwało 12.

5 . Owen Sedanca

Gerald Ronson, biznesmen i skandalista z Wielkiej Brytanii, jeździł prywatnie Lamborghini Espadą. Pewnego dnia naszła go myśl: a gdyby tak zbudować równie wspaniały samochód? Ronson wybrał sobie absolutnie idealny moment, ponieważ był to rok 1973, a wiemy co się wtedy zdarzyło. Zatrudnił specjalistów i do dzieła. Na początek kupili Jaguara XJ6, którego pozbawili nadwozia. Następnym krokiem było wyklepanie ręcznie z aluminium (w specjalistycznej firmie Williams & Pritchard) budy przypominającej Lamborghini Espadę. Z wielkim trudem udało się zbudować 2 sztuki, których jakość delikatnie mówiąc odbiegała od początkowych założeń. Udało się też zebrać 80 zamówień, po czym wybuchł kryzys paliwowy i wszystkie zamówienia anulowano. Cena 8500 funtów była równie z kosmosu, co całe założenie. Dwie powstałe sztuki istnieją, jedna była parę razy przemalowywana, co tłumaczy skąd w internecie zdjęcia auta białego, złotego i błękitnego. Jedno z nich może być też fabrycznym prototypem, którego ktoś dokończył i doprowadził do używalności.

6 . Panther DeVille

Robert Jankel – mówi wam to coś? To ten świr, co wszystko wydłużał, podwyższał dachy itp. Jankel w ogóle był z początku projektantem mody, ale mu się znudziło i wziął się za fury. Jak tego nie szanować? Jednym z jego najlepszych (czyli najgorszych) pomysłów było stworzenie ultraluksusowego pojazdu przypominającego w założeniu Bugatti Royale. Był tylko jeden problem: Jankel nie miał hajsu na taki wóz, więc zbudował go z tego co miał. Było to w roku 1975, gdy na rozbudowaną ramę rurkową nałożono niezwykle wymyślne nadwozie. Kłopot w tym, że z powodu braku odpowiednich drzwi, Jankel kazał założyć zwykłe drzwi od Austina 1800, powodując salwy śmiechu u potencjalnych nabywców. Na szczęście Robert był dość pyskaty i obrotny i udało mu się pozyskać klientów spoza Wielkiej Brytanii, którzy nie zauważali koszmarnie niedopasowanych drzwi. Przy tym podobno bardzo dbał o jakość i zadowolenie klienta, więc ostatecznie udało się zbudować aż 60 sztuk Pantherów DeVille. Pod koniec produkcji powstawały nawet wersje 6-drzwiowe. W 1985 r. Jankel uznał, że już ma dość i powrócił do życia z dochodów, które zapewniały mu jego projekty modowe.

7 . Stimson Scorcher

Z siedem razy czytałem tę nazwę modelu, żeby się upewnić że to nie Simson. Nie, to Stimson. 3-kołowy potworek z 1976 r. wyposażony w silnik z Mini i napęd na koła przednie. Barry Stimson wymyślił, że Mini jest wciąż za ciężkie i za wielkie, i że to dziwactwo z plastikowym „nadwoziem” idealnie rozwiąże ten problem. Powstał jednak inny: nie było wiadomo, jak sklasyfikować ten pojazd. Po długich bojach z ministerstwem, Stimson uzyskał opinię: jest to motocykl trójkołowy z koszem integralnym. Nikt nie wiedział co to znaczy, ale z opinii wynikało, że wśród trójki pasażerów dwóch pierwszych musi jeździć w kasku, a ostatni może jechać bez. Genialny triumf prawa nad zdrowym rozsądkiem.

Każdy, kto miał odrobinę zdrowego rozsądku, po przejażdżce Scorcherem mówił „no nie, k… nie”. Pojazd był potwornie szybki, bardzo lekki, niezbyt stabilny i słabo hamował. Zbudowano 30 zestawów do samodzielnego montażu, dziś są warte kupę forsy. Ale nadal nikt nie spróbował ponoć rozpędzić tego do prędkości maksymalnej.

8 . Tornado Typhoon Sportbrake

Sportowy hamulec. Świetna nazwa. W sumie ten pojazd był akurat sukcesem, co przyznaje nawet sam autor. Był to oczywiście kit car, zbudowany w 400 sztukach w latach 1958-1962. Rzecz była prosta jak drut, wystarczyło przykręcić nadwozie i parę fantów do podwozia Austina Sevena lub Forda Populara i już. Najczęściej były to coupe, mało kto decydował się na dość nieproporcjonalną wersję Sportbrake, która miała ciekawą cechę w postaci otwieranej tylnej klapy – jak w dużo późniejszych samochodach (w 1958 r. to było coś!). Był tylko jeden problem, auta kupowali garażowi dłubacze, którzy sobie je skręcali jak uważali, za nic mając prawidłowe śruby, dokręcanie, precyzyjne klejenie czy wiercenie i wkrótce stały się one synonimem byle jak złożonej samoróbki, co bardzo martwiło Billa Woodhouse’a, projektanta tego wozu. I co zrobisz, jak nic nie zrobisz? Tornado Typhoon przegrał z brytyjską cebulą.

9 . Winchester

W 1963 r. firma Winchester Automobiles, założona przez wielkie towarzystwo ubezpieczeniowe Westminster, postawiła sobie za cel ugryzienie rynku taksówek londyńskich. Zbudowano więc pojazd, który miał stanowić perfekcyjną taksówkę. Całe nadwozie było wykonane z tworzywa sztucznego, a producent twierdził, że dowolne uszkodzenie da się naprawić w ciągu 4 godzin za pomocą włókna szklanego i opalarki. Zamontowano diesla od Perkinsa, który miał być super oszczędny, a był super powolny. Taksówkarze byli sceptyczni i ostatecznie Winchester w ciągu 9 lat sprzedał zaledwie 250 sztuk tego wozu, w międzyczasie wprowadzając nawet nową generację. Plastik się deformował, silnik się gotował, nie pomogło wprowadzenie wersji benzynowej od Forda – za dużo paliła. Niby wszystko przemyślano, ale jakoś nie pyknęło. Tak czasem bywa.

Wersja po ostatnim lifcie – model roku 1968.

10 . Zagato Zele

Jak włoscy kołczbilderzy biorą się za budowanie czegoś własnego, a nie projektują na zamówienie koncernów, przeważnie wychodzą im koszmarki. W 1972 r. Zagato było w tarapatach finansowych i uznało, że stworzy mały, elektryczny samochód do miasta, idealny na włoskie warunki. Pojazd wyglądał trochę jak ówczesny Smart, przy czym nadwozie składało się z części lewej i prawej, które sklejało się razem pośrodku. Tylną oś napędzał 1,4-konny silnik elektryczny, a energię magazynowały 4 akumulatory 24-voltowe (dlaczego nie 6V? Dziwne). Zasięg wynosił 60 km, prędkość maksymalna – ok. 40-42 km/h. Zagato dobrze trafiło, bo akurat wystrzelił kryzys paliwowy i ludzie to kupowali. W pierwszym roku opędzono aż 225 sztuk, potem sprzedaż przez długi czas szła nieźle, do tego stopnia, że w 1981 r. opracowano o wiele większy model Nuova Zele. Jego proporcje są wspaniałe. Wygląda jak… no właśnie. Jak on wygląda? Gdyby dać mu normalne koła, byłby nawet całkiem sympatyczny, a tak jest przede wszystkim bekowy.

Widzę w nim jakiś duch Volkswagena T4.

I to już wszystko na dziś!

 

  1. Tornado Typhoon Sportbrake wyglada trochę jak Syrena Sport przerobiona na kombi….

  2. Zagato wygląda jak synteza t3 z t4 oparta na smarcie.
    Typhoon wygląda zaś jak 250 GTO breadvan:)

  3. Jak dla mnie to Tornado Typhoon Sportbrake mógłby być w rankingu top 10 „najlepiej wyglądające auta od tyłu” – dokładnie to taki jaki jest na zdjęciu bo jak poszukałem w grafice googla to faktycznie różne babole robili

  4. Marek Jarosz

    Burney jest superaśny, przypomina jakiegoś pancernika skrzyżowanego z mrówkojadem i czymś innym genetycznie zmutowanym.

  5. Ten Zagato wygląda jak z jakiejś kreskówki, gdzie samochody są narysowane w sposób nieco karykaturalny ale zarazem miły i przyjemny. Winchester „z twarzy” z kolei skojarzył mi się z Wartburgiem 353.

  6. Nuova Zele wygląda jeszcze całkiem akceptowalnie, w porównaniu do oryginalnego Zele, który wygląda jak kabina od dostawczaka na kółkach od taczki…

  7. Szkoda, że kiedyś były wysyp producentów samochodów i wolno było budować, kupować i rejestrować tyle wspaniałych (koszmarnych) samochodów. Wniosek o homologację na kolanie, hamuje, trąbi, skręca i do klienta!

    A teraz do wyboru jest Berlingo/Partner/Combo, C1/108/Aygo, Trafic/Talento/NV200/Vivaro, Up/Citigo/Mii i narodowe wcielenia passata, golfa i polo i mercedes z dci

    a w fso długo kombinowali ze składaną kanapą do poloneza, bo nie mogli uzyskać homologacji na tę kanapę

  8. Kajetan

    Panther DeVille – to już wiadomo dlaczego takim jeździła Cruella Demon 🙂

  9. Krzysztof

    A propos Invicty – myślę, że przekładnia Hydro Kinetic Turbo Transmitter nie ma nic wspólnego z CVT a raczej jest zwykłą przekładnią hydrokinetyczną (taką jak stosuje się w automatycznych skrzynkach biegów), więc odwołanie do współczesnych CVT mocno nietrafione.

  10. Z kolei pierwsze Zagato Zele wygląda jak nieślubne dziecko Żuka i Malucha.

  11. dr. Kamil

    Zagato i Stimson są wspaniałe. Ducha Zagato Zele widzę w Peugeocie 1007, który też mi się strasznie podoba. Oczywiście styl jest inny ale ogólna koncepcja taka sama.

  12. Ten od Stimsona, to tak sobie normalnie po ulicy chodził bez kaftanu?

  13. Tornado Typhoon było kiedyś do kupienia na allegro, to musiało być jakieś 16 lat temu, i była to właściwie sama karoseria, ale doskonale pamiętam że było coś takiego.

Comments are closed.