Ewangelia według Grubasa – historia bonusowa

Ta historia nie dostała się do „Ewangelii według Grubasa”, więc zamieszczam ją tutaj.

Książka w sprzedaży od 21 listopada – ebook także!

GRUBAS:
„Ogólnie to z klientami strasznie trzeba uważać i osiem razy wszystko dopytywać, bo ludzie to najczęściej nie wiedzą nic o niczym i trzeba mieć dwa mózgi, jeden swój, drugi dla klientów.
Miałem taką klientkę, co kupiła ode mnie Fiestę. Ładna była całkiem, przebieg miała niski, nie bita… ta Fiesta znaczy się, bo ta klientka, no to taka typowa laska z korporacji co to jeździ wozem bo musi, ale nigdy w życiu jej nie przyjdzie do głowy że to jest maszyna, która może się zepsuć, bo skoro jeździ, to dlaczego by miała przestać? Samochód jest jak młotek, bierzesz kiedy potrzebujesz i używasz. No bynajmniej większość ludzi tak uważa, a zwłaszcza kobiet.
No i ta laska jednego dnia dzwoni do mnie. Dzień dobry, ja kupiłam od pana Fiestę. Pamięta pan? Taka niebieska, pastelowa taka, taki błękit królewski ale wpadający w kobaltowy… i tak mi tłumaczy, ja nic nie rozumiem, więc pytam jaki tam był silnik? Bo kilka tych Fiest sprzedawałem. Ona mówi, że taki zwykły. W końcu udało mi się ustalić, że rzeczywiście to Fiesta ode mnie, ale o co chodzi? Ona nie pali. Akumulator naładowany bo tu sąsiad jej podłączył pod prostownik, ale ona tylko tak cyk, i nie kręci. Znaczy się, ja mówię, padł rozrusznik. Ona, że w sumie jej jest wszystko jedno co padło, ale ona potrzebuje to odwieźć do warsztatu na ulicę T….. aż w Piasecznie, bo tam już ma umówionego mechanika. I czy ja bym jej nie przewiózł lawetą.

No dobrze. Staram się żeby klient był jak najdłużej zadowolony, więc jak to mówią chcąc niechcąc się zgodziłem. Ale pytam, bo wie pani, gdzie dokładnie na ulicę T…? Bo tam z tego co widzę, to jest z osiem warsztatów pod jednym numerem. Takie zagłębie. Jeden robi tylko głowice, inny znowuż elektrykę, i takie tam. Tak na internecie pisze, a ja Piaseczna w ogóle nie znam, ani tych ludzi też. A ona na to: a do tego, co taki kulawy gość prowadzi. Zobaczy pan, bo tam czerwona brama. Nie pamiętam numeru.

Przyjechałem na jej osiedle, eleganckie z ochroną. Ochroniarz mnie wpuścił i dał mi kluczyk i kwit do tej Fiesty co typiara mu zostawiła i do pracy taksówką pocisnęła. Wtargałem Fiestę na lawetę i jadę na tę ulicę T…. a tam to chyba remont zrobili bo wszystkie bramy takie ciemnoczerwone i cały płot od tego pierdolnika też. Wjechałem i w pierwszym warsztacie zapytałem, który to warsztat co go prowadzi kulawy gość. A tam mi facet pokazuje – o tu naprzeciwko, pan Janusz, widzi pan? On złamał nogę i tylko o kulach łazi. To tam będzie. Aha, dobra. To wycofałem, zrzuciłem tam tę Fiestę i mówię że tu było umówione, że rozrusznik do regeneracji. Tam był tylko jakiś pracownik, a samego tego Janusza ze złamaną nogą nie było, ale mówi – jak przyjęte, to trzeba postawić i będziemy robić. Dałem mu jeszcze na wszelki wypadek telefon do tej klientki, jakby zgubili no i pojechałem, z mojej strony sprawa była załatwiona”.

JOANNA, SINIOR EKANT MENADŻER
”Moim pierwszym autem było Seicento, ale jak mnie awansowali w firmie na seniorkę, to stwierdziłam, że kupię sobie coś ładniejszego. Znalazłam w autokomisie niedaleko mnie bardzo ładną Fiestę z klimatyzacją, taką błękitną, jakby lazur wpadał w lapis lazuli, a że miałam podobną bluzkę i buty, i bardzo lubię ten kolor, to kupiłam. Fajny był ten gość od komisu, taki gruby, miły, pomocny w ogóle. Auto też było w porządku, aż parę miesięcy później przestało w ogóle odpalać. Nie znałam żadnych pomocy drogowych ani laweciarzy w tym mieście, bo się tu dopiero trzy lata temu sprowadziłam z Hrubieszowa, więc zadzwoniłam do tego komisu jeszcze raz, żeby mi ten facet pomógł. Na szczęście mój ojciec podpowiedział mi, że jest dobry mechanik od takich rzeczy na ulicy T…, tylko nie pamiętał jak on miał na imię, ale powiedział że to łatwo będzie go poznać, bo jest kulawy na jedną nogę. Zadzwoniłam tam do niego i powiedziałam, że przyjedzie auto na naprawę, on na to że zaprasza.
Ja nie miałam tego dnia czasu, bo mieliśmy wizytację delegacji z Belgii, więc zostawiłam ochronie na osiedlu kluczyki do tej Fiesty i ten laweciarz ją tam zawiózł, ten od tego Grubas Auto. Wysłał mi SMS że auto już odstawione. Mija jeden dzień – nikt nie dzwoni. Mija drugi – nikt nie dzwoni. Mija trzeci – dzwoni ten mechanik, myślę sobie że trochę mu zajęło, a on pyta mnie czy mój wóz już naprawiony? To ja mam wiedzieć? Mówię, to chyba pan go naprawia, to pan powinien wiedzieć? A on na to, że u niego żadnej Fiesty nie ma. No mnie jakby ktoś na szpilki posadził. Jak można zgubić samochód? Obiecał, że zaraz znajdzie i zadzwoni. Te pół godziny co nie dzwonił, to mi się tak dłużyło, jakby wieczność trwało, a nie mogłam wyjść z biura i tam pojechać, więc tak siedziałam, wierciłam się i telefon w ręku tylko gniotłam. Wreszcie on zadzwonił, że samochód się znalazł i już się za niego bierze. Na drugi dzień rzeczywiście był gotowy, ale ten kulawy mechanik był taki wściekły jak mi go wydawał, że jakoś mi się odechciało do niego jeździć.”

TADEK:
„Ja od 20 lat prowadzę warsztat na ulicy T…, a jak byłem młody to się wypieprzyłem na motorynce i od tej pory kuleję na jedną nogę, bo mi się źle zrosło. Wszyscy to wiedzą, że jak jest warsztat u kulawego w Piasecznie, to znaczy się u mnie. Głównie to robię drobne naprawy na szybkości i się biznes kręci, tak zwany szybkorotujący. Raz do mnie zadzwoniła facetka, że ona jest córką mojego znajomego, i że jej samochód nie pali zupełnie, że rzucił palenie jak ona sama, tylko jak człowiek nie pali to dobrze, a jak samochód, to już gorzej. Ale powiedziała też, że nie trzeba ciągać go na lince, bo ten facet co jej sprzedał ten wóz to go dowiezie lawetą. Dobrze proszę bardzo. Czekam, czekam. Mija cały ten dzień. Nikt nie przyjeżdża. Na drugi dzień też nikt. W międzyczasie dwa inne auta mi laweciarze zwieźli do naprawy, ale żadne z nich nie było Fiestą. Na trzeci dzień dzwonię do tej klientki i pytam, czy Fieścina już ogarnięta? Ona na to – jak to ogarnięta, jak ona stoi u pana? Robi ją pan czy nie?

Ja w szoku, bo jak to stoi u mnie? Patrzę przez okno na plac – nie stoi. Patrzę do środka na halę – nie stoi. To gdzie ona ma stać? A gdzie ją pani wiozła? No na ulicę T… przecież, tam gdzie pan ma warsztat! Ona już zdenerwowana cała, krzyczy na mnie, zgubiliście mój samochód! Może go ukradliście! Co to ma znaczyć! Ja tam z policją przyjadę!!!
Uspokajam ją jak mogę, mówię proszę mi dać pół godziny, ja auto znajdę i do pani zadzwonię. Wziąłem moją kulę i dawaj na spacer wokół tego naszego warsztatowego zagłębia. U Krzyśka – nie ma. U Andrzeja od głowic – nie ma. U Ryżego – nie ma. Nie ma też u Hanki co po mężu zakład ma. Kamień woda! W końcu idę do Janusza na sam początek, naprzeciwko od wjazdu. A tam zamknięte na głucho, ale Fiesta rzeczywiście stoi! Tylko że nie ma tam nikogo, ani Janusza, ani pracowników, a Janusz telefonu nie odbiera. No trochę nie rozumie tej sytuacji, ale przynajmniej zadzwoniłem do klientki, żeby się nie denerwowała, bo auto się znalazło i zaraz się za nie biorę.”

JANUSZ:
„Na parę dni przed tą akcją miałem najgłupszy przypadek na świecie, bo mojemu synowi piłka wpadła do rynny, więc przyniosłem drabinę, przystawiłem o tę rynnę i idę na górę po piłkę. Jak już ją prawie chyciłem, to rynna się urwała od mocowania, drabina poleciała na bok, a ja razem z nią. Noga zwichnięta i w gips! No katastrofa, bo ja prowadzę warsztat samochodowy i muszę jeździć autem, a to była w dodatku prawa! Nawet automatem nie mogłem! Żona mnie woziła rano do pracy, więc później otwierałem trochę, bo ona ma na późniejsze zmiany, rano tylko pracownicy byli. Wiadomo, że wszystkie samochody co mamy do roboty, to ja mam zapisane na zeszyt. Jak nie ma w zeszycie, to nie robimy. Ja jestem człowiekiem dokładnym i zorganizowanym, bo mój ojciec był pochodzenia niemieckiego i u mnie nie ma napieprzania bez sensu, tylko jest grafik prac – rano dajmy na to tarcze w BMW, potem to, tamto i tak po kolei. Normalnie to pilnuję tych moich dwóch ancymonów łachudrów mechaników, albo sam coś robię żeby przyspieszyć grafik, no ale ze złamaną nogą w gipsie to ja mogłem ledwo stać. No i dwa dni mnie nie było w ogóle, bo w jeden dzień nie mogłem, a w drugi czekałem pięć godzin w szpitalu na zmianę gipsu bo tamten popękał.
Trzeciego dnia przyjeżdżam rano do pracy, to znaczy żona mnie przywiozła, i wchodzę do hali, a tam stoi na kanale jakaś Fiesta i jeden z moich pracowników coś kręci w niej od spodu, a drugi jakieś kable od góry odczepia.
Coś mnie tak tknęło. Oni dziwnie na mnie patrzą i mówią „dzień dobry szefie”, tacy niepewni. Wziąłem mój zeszyt. Tam żadnej Fiesty nie ma. No nie ma na ten dzień. Ani na następny.
Wykuśtykałem z tej kanciapy z tym całym gipsem, podchodzę do nich i mówię: długo fuchy robicie jak mnie nie ma? Za moje narzędzia? Za mój prąd? Złodziei pod własnym dachem trzymam? Bo ja się łatwo denerwuję jak ktoś mnie oszukuje. Dla mnie uczciwość to jest wyssana z mlekiem matki. Oni na mnie oczy wytrzeszczają. Ale szefie, przecież to jakiś gruby laweciarz tu zwiózł i to jeszcze w poniedziałek! I powiedział że z szefem umówione.
Mnie już oczy krwią zaszły, bo trochę impulsywny jestem, bo moja matka to góralka i po prostu ich obu wy…łem z roboty. I zostałem bez pracowników. To zamknąłem warsztat i pojechałem taryfą na miasto poszukać kogoś do pracy.
W tym czasie dzwonił do mnie z pięć razy kulawy Tadek co ma warsztat obok, ale byłem zły i nie odbierałem. W końcu odebrałem, a on się pyta, co jego Fiesta u mnie na podwórku robi. No jak to co, mówię, pracowników moich podbierasz żeby twoje fuchy u mnie robili? On w szoku, krzyczy że to nieprawda i że to auto miało iść do niego do zrobienia i dlaczego jest u mnie, jak miało być u kulawego Tadka? Wtedy dopiero się zorientowałem, że dla tego laweciarza to ja byłem tym kulawym, bo mu powiedzieli że mam nogę w gipsie i że to jest komedia pomyłek. W końcu ja byłem na tym najbardziej stratny, bo tych pracowników musiałem przyjąć z powrotem i po 200 zł podwyżki im dać żeby chcieli wrócić. Jakbym tego grubego laweciarza dorwał to bym sam mu nogę złamał.”

← Previous post

Next post →

16 Comments

  1. Soczysta zapowiedź książki 😀 jak cała taka będzie, to jeden wieczór i przeczytana

  2. „bynajmniej” użyte jako „przynajmniej” – jest rasowo – uwielbiam to! :)

  3. Polska!!!!

    Ładnie to tak w święto narodowe publikować? Na marsz a nie w internetach głupoty wypisywać! 😉

  4. Historia rewelacyjna :) Mogłaby się wydarzyć na Bielanach w pewnym warsztacie na ulicy na P. :)

  5. OOO Hrubieszów zawitał na łamy złomnika! Miasto Ludzi Handlujących Ropą.

  6. Jakub Anderwald

    Jeśli historia prawdziwa to niezły ambaras. Dobrze że Janusz po złości czegoś z Fiesty nie wykręcił :)

  7. Motoryzacyjna wersja kawału z trzema facetami i lodówką 😄

  8. No, emocje jak na grzybobraniu.

  9. Mieszkam w Piasecznie i tak się zastanawiam czy to o tę ulicę T[..]ą chodzi 😀 Świetna historia, a książka będzie genialna!

  10. chciales takiego Peżota Zlomniku:
    olx.pl/oferta/peugeot-205-1-6-gt-lpg-CID5-IDq4Yf1.html

  11. Jak zwykle, komentarze parę mil obok. Nie paniali, „młodzi, przekształceni”, kto tą aferę nakręcił? Jezu. debile, już ci nawet pod 40.

  12. rozumiem, że do książki ebook gratis jest…

  13. Jakaś nieprawdziwa ta historia. Ani Tadek ani Janusz nie mówią „wziąłem”.

  14. mg: nie, nie jest

  15. Książka już w ręce tylko literki jakieś malutkie… Autograf za to duży, ale błędem. Mam białego kruka, czy to taka wisienka na torcie?

  16. Soczyste. Książka już jest. Wydrukuję ten kawałek i dam jako suplement.

Dodaj komentarz