Początki motoryzacji kubańskiej, odc. 1

Co to za temat bez sensu, przecież liczy się tylko że tam są te… yyy… te auta amerykańskie tam są i one są takie kolorowe…

NIE

A było to tak. Ostatniego dnia pobytu na Kubie poszedłem z kolegą K. na targ staroci. Jest taki w Hawanie – mały i bylejaki, ale jest. Ceny są iście z kosmosu, tzn. przeciętny Kubańczyk nie ma czego tu szukać, bo tu jedna książka, plakat czy płyta winylowa kosztują tyle, ile on zarabia przez miesiąc. No ale biali turyści to co innego, oni mogą płacić – i powinni. Wbijamy na ten targ, K. targuje się o stare plakaty, a ja szukam ciekawych książek. Wtem! Marcelo Israel Gorajuria Marichal: Historia y pasion del automovil en Cuba. No to jest to czego chcę!

– ile za tę książkę?
– dwadzieścia pięć bonów (= 25 dolarów)
– nie.
– to ile?
– piętnaście.
– muszę zadzwonić do szefowej.

Typ dzwoni do szefowej.
Sprzedane za piętnaście.

Książka jest zaiste wspaniała.
Czegóż się z niej dowiadujemy?

Oto w 1898 r. pewien kubański przedsiębiorca robiący interesy w Paryżu postanowił wrócić na Kubę i tam kontynuować swoje biznesy. Skłoniło go do tego zakończenie wojny amerykańsko-hiszpańskiej, której traktat pokojowy zawarto właśnie w Paryżu. Pan Jose Muñoz, dowiedziawszy się o podpisaniu traktatu i faktycznym uzyskaniu niepodległości przez Kubę (ale jako protektorat Stanów Zjednoczonych) zapakował się ze swoimi fantami na statek i ruszył z powrotem do swojego wyzwolonego kraju. Zapakował ze sobą swoją niezwykłą rzecz: automobil.

I tak oto w 1898 r. na Kubę przybył pierwszy samochód. Był to dwuosobowy powóz bezkonny „La Parisienne” z benzynowym silnikiem o mocy 2 KM, jednocylindrowym i o cyklu czterosuwowym. Pojazd pana Muñoza rozwijał prędkość 10 km/h, chociaż jak sam twierdził Muñoz, leciał nim nawet 12 km/h. Ulice Hawany w owym czasie były totalnie niedostosowane do jakiegokolwiek ruchu pojazdów. Zresztą nawet dziś trudno sobie wyobrazić, jak samochody mogą poruszać się po hawańskiej starówce wywodzącej się jeszcze z czasów kolonialnych. Jeśli ktoś tam był, to pewnie wie, że na takim calle Mercaderes – jednej z głównych ulic ówczesnej Hawany – dwa powozy nie miały jak się minąć z powodu życia toczącego się na ulicy, typu stragany, wiadra itd., a co dopiero dwa automobile, poruszające się szybciej i do tego w kłębach dymu. Dodatkowo Jose Muñoz wykupił z aptek cały zapas benzyny.

Jak o samochodzie Muñoza dowiedział się jeden z najbogatszych Hawańczyków, potentat branży farmaceutycznej Ernesto Sarra, to powiedział: TAK BYĆ NIE BĘDZIE. Do czego to podobne, żeby jakaś sfrancuszczona łachudra, jakiś przybysz z kraju ślimaków, bujał mi się jedyną furą po mieście? Moim mieście? Może tak dokładnie nie powiedział, ale podobno automobil Muñoza przyprawiał o zgrzyt zębów wszystkich bogatych mieszkańców miasta, którzy mimo niewątpliwie dużych środków finansowych nie mogli po prostu pójść sobie do salonu sprzedaży i kupić tego najnowszego krzyku mody. Tymczasem zupełnie niezrażony Muñoz informował wszem i wobec że on jest teraz dealerem La Parisienne i jak ktoś chce, to on mu sprowadzi taką samą bezkonną bryczkę, co to sama jeździ.

„U tego łachudry to bym nawet śrubki nie zamówił. Dwa konie mechaniczne to są dobre do roweru. Patrz na to, frajerze” – powiedział Ernesto Sarra i sprowadził sobie z Europy, ogromnym nakładem środków finansowych, wypasiony samochód Rochet-Schneider o mocy 8 KM. Osiem koni, patrz leszczu jak to idzie!!! – krzyczał Sarra za kierownicą swojego automobilu i dawał pełny klops, rozpędzając brykę nawet do 30 km/h, co było dość ryzykownym zabiegiem na hawańskich uliczkach, ale wiecie jak jest. To był taki Frog na skalę tamtejszych czasów. Warto dodać, że sprowadzenie Rochet-Schneidera trwało zaledwie 6 miesięcy, czyli nie dłużej niż teraz czeka się na popularne SUV-y typu Qashqai czy Sportage. Niestety, Ernesto Sarra dość szybko przestał być zadowolony ze swojego wozu, a wszystko z powodu łańcuchowego napędu tylnej osi. Łańcuch stale spadał podczas jazdy i pan Ernesto, chcąc nie chcąc, musiał się tytłać i zakładać go z powrotem. Dodajmy, że na Kubie nie było wtedy jeszcze żadnych mechaników i warsztatów samochodowych, tzn. masz automobil, to się sam o niego martw.

Kolejnych kilka miesięcy minęło, podczas których panowie Sarra i Muñoz dogryzali sobie nawzajem, jeden jeździł wolno ale bez problemów, drugi szybko, poprawiając co chwilę łańcuch. Jednak Muñoz odniósł sukces, ponieważ otrzymał zamówienie na trzeci automobil od właściciela firmy Cigarros Cabañas y Carvajal. Rzecz polegała na tym, że właściciel tegoż przedsiębiorstwa był człowiekiem, który sam nie miał zamiaru uczyć się obsługi i prowadzenia pojazdu. Zamówił sobie… ciężarówkę. Jego cygara będą teraz dojeżdżać do klientów najświeższe i najszybciej, a sama ciężarówka będzie jeżdżącą reklamą jego firmy. Dobry plan. La Parisienne zbudowało 4-konną ciężarówkę o ładowności 500 kg i wysłało ją na Kubę statkiem. Nie zachowało się zdjęcie tego pojazdu, ale bardzo podobne ciężarówki budowali wszyscy francuscy producenci z tego okresu – były to jeszcze czasy sprzed „nosa” w samochodach, w którym montowało się silnik i jednostka napędowa była umieszczona zwykle pod autem. Na fotce ciężarówka Renault z 1900 r.

O automobilach na ulicach Hawany rozpisywała się „Gaceta de la Habana”, której właścicielem był Rafael Aragoza. Pan Rafael absolutnie nie miał zamiaru być gorszy niż jego ziomki i też sprowadził sobie samochód, tyle że nie francuski, a amerykański. „Kosztował mnie cztery tysiące dolarów”, z dumą oznajmiał pan Rafael – kwota ta była zupełnie kosmiczna jak na tamte czasy, to tak jakby dziś ktoś zamówił sobie wóz za milion baksów. I co z tego, skoro samochód Locomobile był parowy? I trzeba było się zatrzymywać, żeby dorzucić mu do kotła? Błyskawicznie okazało się, że samochód parowy przegrywa z benzynowym, bo robi więcej hałasu i pluje większą ilością dymu i pary, a poza tym jakbym chciał parowóz, to bym sobie kupił parowóz. „Spaliniarze” darli łacha z Rafaela i jego Locomobile, nie zmieniło to jednak faktu że artykuły w hawańskiej gazecie o nowej modzie na automobile spowodowały gigantyczny wzrost zainteresowania tym sposobem marnowania pieniędzy. I się zaczęło: w latach 1900-1902 na Kubę sprowadzono, według różnych szacunków, od kilkudziesięciu do ponad stu samochodów, przy czym Francja była ich głównym producentem i eksporterem. Powszechnie zjeżdżały takie pojazdy jak wspomniany już Rochet & Schneider (z poprawionym napędem), De Dion-Bouton czy Panhard & Levassor. Szczególnie ten ostatni był bardzo uważany, bo miał taki nowoczesny wygląd z wyraźnie zaznaczonym silnikiem.

Locomobile Steam Car

Panhard

Infrastruktura kompletnie nie nadążała za wzrostem popularności automobilizmu. Ciasne uliczki Hawany zaczęły być jeszcze bardziej ciasne i zadymione. Pojazdów nie było gdzie składować ani gdzie naprawiać. Mnożyły się kolizje wynikające z najechania na stragan uliczny. Brak odprowadzania wody podczas ulew (do dziś to duży problem w Hawanie) powodował że pojazdy zalewały się i nie było jak ich zreperować, bo brakowało do nich części. W 1902 r. w obliczu takiej sytuacji bracia Laine, do tej pory dilerzy maszyn do szycia White, postanowili otworzyć „garaż mechaniki pojazdowej” w Hawanie – pierwszy warsztat w tym kraju. A już w 1903 r. zorganizowano „Wielką wystawę automobili” w Hawanie, na której wystawiono ok. 20 aut. W tym samym czasie również został zezłomowany pierwszy pojazd: Rafael Aragoza, wydawca gazety, zezłomował swój pojazd parowy Locomobile, stając się tym sposobem pierwszą ofiarą środowiskowego ostracyzmu automobilowego.

W tym samym roku podjęto przygotowania do zorganizowania pierwszego wielkiego wyścigu ulicznego. Ale to już zupełnie inna historia, na następny odcinek.

Od poniedziałku – Ewangelia według Grubasa na sklep.zlomnik.pl.

← Previous post

Next post →

23 Comments

  1. Ej, ale ta Paryżanka to całkiem zgrabna. Czyżby przedni napęd aby? W 1898???
    Bo tak wygląda. I pewnie cała oś się skręcała, razem z silnikiem? Pytam, bo Gugl wywala mi tylko Pontiaca Parisienne, R4 i nowe Twingo.

  2. jak to mozliwe ze ten Rafael Aragoza zezlomowal samochod ktory mial dopiero jakies max 3 lata ?! kosztujacy taki majatek, nikt nie chcial go kupic? rozwalil go? zamarzl w zimie i wszystko co mialo wode popekalo?
    niebardzo moge sobie to wyobrazic, ale napewno zlomiarz byl wtedy najszczesliwszym czlowiekiem na Kubie i go sobie postawil w salonie albo jako reklame skupu zlomu

  3. MorningGory

    Niesamowite. Serio.

  4. benny: wyobraź sobie że masz auto, którego nie jesteś w stanie uruchomić, do którego nie ma żadnej części i nikt nie umie go naprawić. Rafael Aragoza był człowiekiem bardzo bogatym i kiedy zabawka mu się znudziła, po prostu ją wyrzucił. Był potentatem medialnym na Kubie.

  5. rozumiem, ze mogl mu sie znudzic, zepsuc, cokolwiek, ale dziwie sie ze wywalil na zlom zamiast sprzedac, chyba byl swiadomy jego ciagle duzej wartosci, nawet jak byl niesprawny, kiedys wszystko mialo duzo wieksza wartosc, bo bylo tego bardzo malo na rynku wtornym

  6. Proponuje jakiś wpis z okazji tego – Akcje Kobe Steel przeceniono w środę o blisko 18% po spadku o 20% dzień wcześniej. Okazało się, że trzeci największy producent stali w Japonii fałszował dane o wytrzymałości i trwałości swoich produktów.
    Rzecznik Kobe Steel oficjalnie potwierdził wcześniejsze doniesienia medialne. Japońska firma (nomen omen) sfabrykowała dane na temat parametrów produktów ze stali, aluminium i miedzi dostarczanych ponad 200 odbiorcom. Chodzi o dostawy do takich koncernów jak Toyota, Honda czy Mitsubishi. Feralne wyroby były wykorzystywane m.in. do produkcji samochodów i samolotów… a także wystrzelonej we wtorek przez japońską agencję kosmiczną rakiety H-IIA.

    No i wyjaśniło się dlaczego japońce tak rdzewiały a zwłaszcza MAZDA.

  7. @Benny – miałoby wartość, gdyby był popyt. A czy tak było – tego nie wiemy. Podejrzewam, że gdyby ktoś chciał ten złom kupić, to zostałby on sprzedany.

  8. Kamil Walecki

    Leniwiec, poszukaj 1899 Parisienne Victoria Combination

  9. Benny – Facet miał kasy jak lodu. A im więcej pieniędzy tym bardziej człowiek bardziej rozrzutny, dokonuje irracjonalnych zakupów rzeczy bez których mógłby się obyć. Tego typu postawy (chociaż na mniejszą skalę niż w opisanym przypadku) obserwuję także w Polsce przy okazji odwiedzin okolicznych złomów. Ja przygarnę Wigry albo Ukrainę, trochę ogarnę, pojeżdżę i na olx albo na części do piwnicy. Nowobogacki wyrzuci kilkuletniego górala bo tak. Już mu się znudził a nawet się nie chce porobić fotek do ogłoszenia. To samo jeśli chodzi o samochody. Teoretycznie takie okazy z PRL po dziadkach to ok. 6 – 10.000 zł. Mówię teoretycznie bo kiedy garaż po dziadku przejmuje taka pani bizneswoman w damskim garniaku i mężuś z korpo mający dwie lewe ręce, wszystko na credit card i zero obeznania to na 80% zawołają złomiarzy, żeby im posprzątali posesję, zabierać stąd tego starego Fiata!

  10. Marek Jarosz

    Nowobogacki to jaki przedział zarobków? Bo ja mam górala już 7 lat, i wcale nie mam zamiaru go wyrzucać, a nawet sprzedawać. Chociaż stać mnie, żeby iść do sklepu i od ręki kupić rower za np. 5000 zł. Jestem nowobogacki?

    A tak serio to ja już nie mam siły czytać idących po jedynie słusznej linii partyjno-ideologicznej komentarzy Kierowcy.

  11. grubas zamówiony. nie odważyłem się zakupić naklejki „serwisujo cytryn &gumiak” bo nie wiem, jak zareagowałby mój mechanik. Jest naprawdę dobry w tym co robi i nie wiem, kto w razie focha robiłby moje wychuchane 20 letnie T4…

  12. polobis: pokaż to T4, zobaczymy kto ma bardziej wychuchane, hehehe

    w ogóle pomyślałem żeby zrobić zlot T4

  13. jakos musial dojsc do tego bogactwa, znam kilka bogatych osob, i zadna z nich nie wyrzuca na smietnik/zlom bardziej wartosciowych rzeczy, bo znaja wartosc pieniadza i zdecydowanie wola to sprzedac, no ale jak to mowia „czubkow nie brakuje”, i nie takie rzeczy historia zna

    Szczepan: oczywiscie ze znam prawa rynku, ale kazda nowosc ma swoja cene, takze akurat nie uwieze w to, ze 3 letnie auto w tamtych czasach nie mialo wartosci

    Kierowca: no i dobrze, ze bogacze kupuja takie drogie roznosci tylko dla zabawy, dzieki temu po kilkunastu latach mozna miec za grosze sprzet wysokiej klasy 😀

  14. benny- zapewne to auto było tyle warte że przeciętnego Pabla nie było stać, a tych których było woleli sobie kupić lepsze auto spalinowe. Więc co miał robić, czekać pół roku na naprawę, a później nie wiadomo ile aż się auto sprzeda? Skoro znasz bogatych ludzi to zapewne każdy z nich Ci powie że czas to pieniądz, tak samo pewnie pomyślał właściciel, złomując auto zamiast czekać (i inwestować w utrzymanie) Bóg wie ile by „stracić mniej”.

  15. Zdjęcia tych starych automobili sprzed ponad stu lat tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że największy postęp ludzkości dokonał się w XX wieku. Nie było zbyt wielkiej różnicy pomiędzy taką dorożką bez konia a typowym pojazdem zaprzęgowym używanym od średniowiecza. W dalszym ciągu był to bardziej wóz aniżeli samochód. W ciągu następnych ok. 60 lat doszliśmy do konstrukcji pojazdu jaką znamy obecnie. Karoseria stanowiąca spójną bryłę z błotnikami, oświetlenie akumulatorowe 12V, kierunkowskazy, hamulce hydrauliczne. Łada, Volvo czy nawet Garbus z lat 60 wciąż nadaje się do jazdy bez większych przeróbek o ile jego stan techniczny na to pozwala. Samochód przedwojenny już wtedy wyglądał bardzo staro, jakby z innej epoki. Weźmy nawet taką Skodę Tudorkę z ’47 a 125p z ’67. Przepaść.
    To co obserwujemy obecnie jest postępem wstecznym. Nie buduje się już sprzętów i pojazdów, które mają wystarczyć na lata a jednocześnie być prostymi w obsłudze dla przeciętnego użytkownika. Masz kupić, z byle usterką lecieć do serwisu a później zmienić tylko dlatego, że wyszedł nowy. Jest to celowe działanie korporacji obliczone tylko i wyłącznie na jak największe profity. Aluminiowe zawieszenia, nierozbieralne podzespoły, celowa komplikacja konstrukcji np. wymiana rozrządu razem z pompą wody, wszystko sterowane przez elektronikę. To jest jak z I-Phonem. Wyszedł nowy I-Phone ja to muszę mieć! Ale coś nie tak z twoją komórką, że będziesz zmieniał? No nie, moja dobra ale ten nowy I-Phone to ma tyle opcji, tyle aplikacji. A co najczęściej robisz z komórką? No dzwonię, wysyłam sms-y, siedzę na wi-fi albo cyknę jakąś fotkę. To na co Ci te wszystkie opcje? Yyyyyy…
    Owczy pęd. Nie zmienia się już rzeczy dlatego, że stara nie nadaje się do użytku tylko z chęci posiadania nowszej, nie koniecznie lepszej.

  16. Uwielbiam takie znaleziska na pchlich targach. Gdybyś miał kiedyś ochotę na pozycję pt. „The worse cars ever sold in Britain” wygrzebaną na targu staroci w Cardiff to daj znać 😉

    Polonez niestety tam się też znalazł. Skrytykowali go głównie za brak dzielonej kanapy w nadwoziu typu hatchback…

  17. W czasach kiedy Polonez nie miał dzielonej tylnej kanapy Angole sami produkowali takie kapcie jakich mało a ich przemysł motoryzacyjny znajduje się obecnie pod zarządem Tata Motors.
    Ale najłatwiej kogoś krytykować a siebie to nie widzieć.

  18. Marek Jarosz

    Benny sprzedajesz Merkurego? Why?

  19. Ludzie rozne rzeczy dla hecy kupuja, a chlopaki szczegolnie to co warcy, rycy, cescy albo huku narobi. Kumpel ma Jasterke (czechoslowacki woz pancerny, poprzednik Skota). Bo lubi. Wlasnie naprawiam mu silnik. Wspaniala konstrukcja Tatry. Szesciocylindrowa rzedowka Diesel, kazdy cylinder osobno i kazdy ma swoja glowice. Do dzisiaj bylby sprawny gdyby mu jakis artysta nie wykrecil wtryskow do przeczyszczenia i tak pod chmurka zostawil. Teraz kombinujem skad takie cylindry wyhaczyc

  20. @admin to masz też T4? piszę się na zlot. Na forach T4 nie bywam, to chociaż tu jakoś się spotkamy… Wychuchany – to znaczy stan 100% oryginalny i perfekcyjny mechanicznie, żadnych modyfikacji ponad stan fabryczny. Widzę czasem teczwórki na glebie, ze spojlerami, alusami, lakierem metalik… w środku świeżak na lusterku, system audio za 50 tys… to nie dla mnie.

  21. @c64club, w Jaszczurce powinien być dokładnie ten sam silnik, co w Pradze V3S, Tatra T912-1. Z częściami nie powinno być problemów.

  22. Co do złomowania locomobile’a – pragnę zauważyć, że jako samochód parowy mógł zostac łatwo – i korzystnie – zezłomowany jako silnik parowy; w początku XX wieku taki silnik mógł spokojnie napędzać jakieś maszyny przemysłowe i rolnicze ponieważ są to czasy jeszcze niezbyt powszechnej elektryczności, zaś takie maszyny jak tokarki, maszyny tkackie, do produkcji wyrobów tytoniowych, maszyn rolniczych przy produkcji cukru jak to na Karaibach. Sam kocioł parowy mógł zostać sprzedany jako aparatura destylacyjna do rumu 😉
    Poza tym, problematyczne mogły być remonty samego kotła parowego, orurowanie, lutowanie, nitowanie itp, biorąc pod uwagę stan kultury technicznej ówczesnej Kuby.

    Samo „złomowanie” mogło być właśnie sprzedażą na części – osobno silnik, kocioł, reszta przerobiona na powóz konny.

  23. Chodzi mi oczywiście o napęd pasowy: główny silnik napędzał wał, podwieszony najczęściej u góry hali produkcyjnej, przekazując moc mechaniczną poprzez pasy transmisyjne poszczególnym obrabiarkom lub maszynom.

Comments are closed.