Mój koszmarny wybór motoryzacyjny – zgłoszenia konkursowe [2/2]

14. Bartosz B
są w życiu każdego mężczyzny takie chwile gdy czuje się największym macho-świnio-mordercą na świecie. Kiedy czuje się twardszy od gościa, który zamiast jeść miód, żuje pszczoły. Czuje się tak twardy i tak męski jakby zamiast jeść ten miód żuł Stevena Segala witającego się z Putinem, który ujeżdza niedźwiedzia, który właśnie podpieprza miód pszczołom. Mimo, że skóra pod Twoim nosem razm na pół roku przypomina brzoskwinie to Ty albo golisz się codziennie chwaląc się tym przy każdej sposobności, albo paradujesz dumny z wąsem, który w Twoich wyobrażeniach dorównuje wąsom Piłsudskiego.

Mowa oczywiście o „pierwszym razie”. ALe nie o pierwszym razie co wszyscy myślicie zboczeńcy, tylko o tym gdy pierwszy raz pokażesz się wśród swoich znajomych samochodem. Jeśli do tego jest to Twój samochód (oczywiście zarejestrowany na spółe z ojcem/matką/babcią/ciocią/kimkolwiek kto ma zniżki), przyjedziesz nim do szkoły, jest w białym macie i wyróżnia się z tłumu kompaktów i Seicent, którymi jeżdzą nauczyciele to już w ogóle. Nieważne dla Ciebie jest to, że mat spowodowany jest „zużciem” lakieru, jest 2006 rok i nikt nie słyszał o „Dubai style”, a samochodem jest 12 letni Passat B4 1,8 Variant. W sumie to z tą bielą też nie do końca, bo w kilku miejscach auto jest w kolorze szpachli, któą samodzielnie nałożyłeś po tym jak stara odpadła zostawiając dziurę, albo wielką rudą plamę.

O tak! To jest życie! Nie kładziesz się spać z przeświadczeniem, że jutro wstaniesz tylko po to, żeby tłuc się do znienawidzonej budy zbiorkomem. Nie możesz się doczekać poranka, żeby podjechać pod szkołę jak PAN (ale nie „ludzki Pan” tylko taki obleśnie pyszny), na przewach będą błagać Cię o rundkę po najbliższych ulicach, a na religię, która odbywa się w salce przy kościele po drugiej stronie ulicy też będziesz jechał samochodem.

I tak naprawdę nikomu nie będziesz się chwalił jak w rzeczywistości wypada jego eksploatacja. Bo nawet jeśli pochwalisz się, że to auto, którego firma chciała się pozbyć i kosztowało faktycznie mniej niż puszka coca coli w szkolnym sklepiku, to jak masz powiedzieć o tym skąd pozyskujesz flotę na jego zatankowanie? A jest to misja naprawdę niebezpieczna. Codziennie trzeba wstać o te kilka minut wcześniej i po zjedzeniu śniadania, gdy część domowników już wyszła, a część jeszcze śpi trzeba przetrząsnąć przeróżne zakamarki, w których mogą znajdować się pozostawione bez opieki monety. Z każdego miejsca trzeba podebrać jedną albo maksymalnie dwie, by nikt nie zauważył braku. W przypadku kiepskich łowów należy otworzyć brzuch Kubusia Puchatka, w którym młodszy brat trzyma oszczędności (dzięki ci św. Januszu, że to nie klasyzna świnka skarbonka!). Tak pozyskany bilon, podczas jednej z przerw należy wymienić w szkolnym sklepiku na bilet NBP z Mieszkiem I, który w drodze powrotnej, po wysadzeniu wszystkich 10 przedstawicieli plebsu klasowego, które zabrały się z Tobą, bo „to nie jest po drodze, ale stamtąd mam lepsze połączenie tramwajowe z domem, dłuższe ale jeżdzą lepsze tramwaje” (nie masz pojęcia o co im chodzi, bo od 2 dni należysz do wyższej klasy społecznej i tramwajem jeżdzisz tylko pijany więc nie zwracasz uwagi na takie duperele) zajeżdzasz na stacje Neste i tankujesz te niecałe 2,5 l. W duchu dziękujesz finom, którzy wymyślili automatyczne stacje, pewnie by nikt nie widział jak narąbani tankują swoje samochody, dzięki którym Ty unikasz pogardliwego wzroku kasjera gdy tankujesz za 10 zł za paliwo. Dodatkowo cieszysz się jaki jesteś cwaniak jeśli dystrybutor odliczył 10,03 zł, a klniesz na tych „JE…NYCH OSZUTÓW” gdy zatrzymał się na 9,98 zł. Jak widać nie wykorzystywałem w pełni walorów zbiornika do którego mieszkańcy wschodnich rubieży naszego kraju potrafią zmieścić 90 l paliwa.

Utrzymanie samochodu w należytej sprawności też nie należało do najłatwiejszych zadań. Przede wszystkim auto miało na liczniku 350 tys. km przebiegu, co oznacza, że w rzeczywistości miał pewnie z 600. Psuło się praktycznie wszystko. Niedziałał ABS, pompa oleju postanowiła zostać fontanną oleju, hamulce po 2 dniowym postoju potrafiły chwycić i puścić dobiero po obiciu młotkiem bębna hamulcowego (co nie było takie proste, bo na aucie były felgi z Opla o zbyt małym otworze piasty, więc do ich zdjęcia potrzebny był łom), lampka wnetrza potrafiła stopić styki, przycisk awaryjnych był zablokowany jakąś gumą, na otwarcie tylnej klapy był jakiś niesamowity patent, centralny zamek (pneumatyczny!) żył własnym życiem, pompa wspomagania wykonała zrzut oleju poprzez uszczelniacz, obryzgując całą komorę silnika, która już była obryzgana olejem silnikowym po awarii pompy oleju, pompa paliwa była zrezgenerowana w warsztacie, w którym powstał jeden ze słynnych zakopiańskich łunochodów, silniczki regulacji wysokości reflektorów pracowały ciągle, nawet ręczne podnoszenie szyby kierowcy potrafiło tak podnosić szybę, że wypadała ona z prowadnicy i wyjeżdzała na zewnątrz, albo wjeżdzała do wnętrza. W sumie to jedyną rzeczą, która od początku do końca działała bez zarzutu był elektryczny szyberdach. Duzy szpan, szkoda tylko, ze podczas jego otwierania trzeba było trzymać wduszony guzik (jestem z Poznania wiec tu dusimy guziki i chodzimy do góry!) przez cały czas, więc drętwiała ręka.

Auto postanowiłem sprzedać. Wystawiłem je w cenie znacząco poniżej najtańszego Passata na allegro i pamiętając za ile je kupiłem liczyłem na biznes życia. Pomysł był rewelacyjny niestety nie uwzględniłem jednej rzeczy, odległości Poznania od granic Polski z Białorusią i Ukrainą. Z tego powodu w moim telefonie nie zaczął rozbrzmiewać miękki akcent, wąsatych przemytników paliwa. W sumie to nie rozbrzmiewał żaden głos obcych ludzi, a jedynie babci, która chciał żeby podrzucić ją do koleżanki/lekarza, albo kumpli, który chcieli żebym robił za kierowce. Poza tym – cisza. Totalna. Nikt nie dzwonił. Postanowiłem, więc wziąć sprawy w swoje ręce i podjechać na giełdę, gdzie stali przeróżni Mirkowie i wyłapywali co lepsze okazje. Jak zobaczyli nadciągającego Passata to prawie się pozabijali wyciągjąc rękę z błaganiem bym się zatrzymał. Zajechałem, podbiegło z 10 i zaczęli ciamkać jaki to syf i „łe do malowania”. W końcu jak połowa odeszła demonstracyjnie machając ręką i krzycząc „totalny złom”, pozostali ustalili swoim Mirkowsko, chytrym wzrokiem, który ma pierwszeństwo i zaproponuje kwotę jaką mogą wyciągnąć z jednej ze swoich kieszeni skajowej kamizelki. Kwota była w okolicach połowy przeze mnie oczekiwanej więc zrezygnowany wsiadłem do Passata i wróciłem do domu.

Należało poczynić kroki, które spowodują wzrost atrakcyjności pojazdu w oczach potencjalnego kupującego. Zadzwoniłem do znajomego Mirka-Tomasza i umówiłem się na oględziny. Mirek-Tomasz stwierdził, że może mi go pomalować za 500 PLN do lini okien, bo to biały akryl, więc taniutko. Wyciągnałem zaskórniaki, część pożyczyłem od babci czy rodziców i auto oddałem. Oczywiście przy odbieraniu cena wzrosła do 600, bo „córka w gratisie (jakim ku… GRATISIE?) z litości go wyczyściła”, co oznaczało, że je umyła, odkurzyła, poczerniła opony i na każdy element wnętrza wylała wiadro plaku (łącznie z kierownicą, szybką licznika i gałką zmiany biegów). Auto wyglądało jak mokry sen handlarza.

Tak przygotowanym Passatem postanowiłem wyruszyć ponownie na podbój podgiełdowych Mireczków. Wszystko wskazywało, że jest to ten wielki dzień. Pogoda była piękna. Kierując lewą reką i próbując rozruszać zdrętwiałą prawą czerpałem radość z jazdy z otwartym szyberdachem. Wszystko przyjemnie pachniało brzoskwiniowym plakiem, tak że chciało się rzygać. Nawet ABS postanowił zacząć działać, co zakomunikowała zgaszona kontrolka. Jechałem więc trzymając skórzny środek kierownicy (bo było to auto, które pokrywę poduszki powietrznej miało obszyte skórą, a obręcz kierownicy była zwykła plastikowo-gumową) i rozkuszjąc się dźwiękami, czasem nawet stereo, jakiegoś RMF FM dobiegającymi z radia VW BETA podpiętego do dwóch głośników w przednich drzwiach. Mireczków tego dnia było mało, ponieważ przypuszczalnie większość pojechała do Władka, albo Milena na plaże, ale jak już byli to machali rękami wywołując wiatr, o sile dużo większej niż ten, od którego nazwę wziął samochód, którym jechałm. Tego dnia wiedziałem, że będę wybredny i nie podjadę do pierwszego lepszego, a wybiorę sobie takiego, który mi pasuje. Nie pamietam jakie były kryteria, ale pamiętam że padło na gościa, ktory nie miał wąsów i kamizelki. Oczywiście pierwsze co usłyszałem po zatrzymaniu to: „łe malowany to panie musi pan opuścić” (z czego jak jeszcze ceny nie podałem?). Po zastosowaniu wszystkich trików (wąhaniu korka oleju, przejażdzce ze slalomem, kopaniu opon, bujaniu nadwozia itp.) Mireczek rzucił cenę, która była wyższa od poprzedniej o kilkukrotność kwoty zainwestowanej w lakierowanie, co, mimo nie osiągnięcia wstępnie zakładanej sumy, uznałem za kwotę mnie satysfakcjonującą. Wtedy nastąpiła litania warunków „więcej na umowie hehe, umowa komisowa hehe, fiskus hehe”. Machnąłem ręką, bo miałem dość. I wtedy, gdy wszystko zmierzało do szczęśliwego końca, gdy Mireczek już trzymał w ręku plik zielonych banknotów z Zygmuntem Starym i przygotował się do odliczania, nastąpiła katastrofa. Minowicie usłyszałem:
– A MUSZĘ JESZCZE SPRAWDZIĆ CZY DZIAŁAJĄ SILNICZKI REFLEKTORÓW, BO TO TYPOWA USTERKA W PASSATACH!
Już słyszałem jak informuje mnie ile setek musi odliczyć ze względu na tę straszną wadę, ale jednak tego dnia sprzyjało mi szczęście. Wprawiony w postanowił sprawdzić działanie silniczków „na słuch”. Przesunął pokrętło i pobiegł słuchać czy działa. Ponieważ jak już wspomniałem silniczki działały cały czas, test przebiegł pomyślnie i jedyne co mógł zrobić to cmoknąć z zachwytum odliczyć umówioną sumę i zakończyc moją przygodę z Passatem.

Pieniądze spożytkowałem wybornie – kupując zardzewiałego Opla. Nota bene byłem z niego jako, wtedy, fan Opli (wiem, że dla niektórych brzmi to jak „Fan chorób wenerycznych”) bardzo zadowolony, ale to już zupełnie inna opowieść.

passat2

15. Szymon
– Źiń dybry. Chciałem kupić tanie, powtarzam, TANIE żelazo.
– Jakie ma być to auto?
– Ma oddawać paliwo do baku i robić 300 tysięcy bez podnoszenia maski.
– Czyli cebulak, pewnie Poznaniak. Mamy na placu Berlingo w dieslu bez turb…
– BIERE DWA NA WCZOREJ, SZWAGIER MA POLE RZEPAKU ZA CHAŁUPO
Janusz jeszcze nie wie o pompie Lucasa w swoim nowym nabytku, może zapomnieć o zapachu nadmorskiej smażalni za autem. Rozkoszujesz się aksamitnym dźwiękiem rzędowej szóstki w swoim E46? Przygotuj się na niekończące KLEKLEKLEKLEKLE, tak natarczywe, że po przejechaniu 500 kilometrów będziesz chciał wyryć musk widelcem, a bębenki uszne zakleić Kropelką. Włączenie radia nie pomaga, bo głośniki żabojady ukradły z chińskiego zegarka z melodyjkami. Wygłuszenie wnętrza? Przykręcone plastiki? Fotele wygodniejsze od taboretu? Zapomnij, przecież jeździsz francuskim (czemu nie hiszpańskim, przecież tłukli to w Vigo) wołem roboczym. TO MA NIE KLĘKAĆ NA ROBOCIE, A NIE ROBIĆ LODA. W sumie to plecy masuje jak tajska prostytutka, nie ma jak stary diesel z zatkanymi wtryskami trzęsący się jak gruźlik w ostatnim stadium życia.
Mówisz że się spieszysz na otwarcie tysięcznego Lidla i kurczaki za 5,99 cbln, a na dworze piździ jak w kieleckim? Szybka zdrowaśka do Rudolfa Diesla i rozrusznik wita cię agonalnym NIE-NIE-NIE-NIE-NIE i pokaże środkowy palec, zapierdalaj na autobus. Legenda głosi, że miedzy jękami rozrusznika można usłyszeć szept. „Ty jebany cebulaku, trzy świece żarowe padły, jak ja mam zakręcić tym tałatajstwem przy -15”. I tak odpalił, w końcu to XUD9, legenda francuskiej wsi i największy koszmar mer Paryża.
Citroen Berlingo 1.9 D. Najlepsze narzędzie do popełnienia samobójstwa. Wystarczy garaż i silnik odpalony przez 30 sekund, tyle wystarczy do wyjebania w kosmos wszelkich norm pyłów i spalin. Nawet nie musicie się zamykać w garażu z tym autem, i tak was wszystkich w końcu udusi. Przez ostatnie kilka dni Poznań zajmował drugie miejsce na świecie w zanieczyszczeniu powietrza. Brawo, nawet w tym nie potrafimy być pierwsi. Ważne że to moja wina, musiałem pojechać do sklepu po rogale i odpaliłem tego trupa. Sąsiedzi do dzisiaj nie mogą domyć okien czarnych od spalin.
Pomimo tego, że Berlingo tego jawnie nie okazują, one gniją. Poprawka. GNIJĄ. Od zewnątrz progi mogą błyszczeć nowością, a następnego dnia mocowanie belki przebije się przez dywanik i płuco twojego ukochanego psa, Reksia. Ach, słynna belka. Nikt mi nie uwierzy, że oryginalna zrobiła 250 tysięcy w budowlance, czyli lekkiego życia nie miała. Pół tony na pace to standard, ogólnie to auto nie miało łatwo. Przez 20 lat kursowało z Castoramy na budowę, teraz wozi bandę gimbusów, która ledwo co zdała egzamin na prawko do Maka. Czyli jest jeszcze gorzej. Ważna informacja dla syryjskich przemytników – na pakę wchodzi 5 osób i nikt na granicy nie zauważy dodatkowego ładunku.
Ascetyczność tego powozu można porównać do C15stki. Wersje z początku produkcji nie mają grama elektroniki (cholerne BSI po lifcie), wtrysk na linkę, korbotronic, plastiki szare i zniszczone jak moje marzenia o lepszej przyszłości. Przynajmniej jest wspomaganie, nie muszę się zapisywać na siłownię aby wyjechać z parkingu. Wnętrze wykonano po… francusku. Rozumiem że 300 tysięcy w mieście (start/stop, wsiądź/wysiądź co chwilę) nie równa się trzystu tysiącom po autostradzie, ale pękniętej gałki skrzyni biegów nie widziałem nigdzie indziej. Z kierownicy za chwilę zostanie sam drut. Zamki drzwi produkują z tajemniczej mieszanki gównolitu – na chwilę obecną do auta są trzy kluczyki i każdy pasuje tylko w jedną dziurę. Tak, codziennie o 7 rano stoję na parkingu jak debil, próbując rozwiązać zamkowe seppuku i nie popełnić przy tym sudoku. Czy jak to tam szło. O systemach bezpieczeństwa zapomnij – masz analogowy ABS w łydce i czyste gacie w schowku na zmianę po poślizgu. Pali śmieszne ilości paliwa – 7 litrów miasto/trasa/zima/lato/na pusto/przeciążony/grzybojazda/do odcinki *niepotrzebne skreślić. Siedemdziesiąt kuni wystarcza do toczenia po mieście, wyprzedzanie na jednopasmówce trzeba poprzedzić zdrowaśką.
Jeśli tak cisnę po tym aucie, to czemu nim jeżdżę i czemu napędza połowę małych biznesów w Europie? Ponieważ nie jest samochodem, tylko narzędziem. Pojemnikiem na przesyłki kurierskie, koszykiem na świeże bułki z piekarni. Małe dostawczaki są nieodłączną częścią życia w mieście, to one napędzają stolice. To narzędzie, które można totalnie zaniedbać, do silnika nasypać piachu, a wnętrze zalać olejem. Nikt nie dba o dostawczaki – kto się będzie przejmował służbówką w leasingu? I tak za trzy lata wymieni się na nowe. To konkretne żelazo nie klęknie, a koła nie odpadną. Chyba że puści mocowanie belki. Przez dwadzieścia lat odpalił za każdym jebanym razem. Nawet przy -15 z trzema zepsutymi świecami. Spełnia wszystkie podstawowe warunki transportu publicznego – tanio i niezawodnie przewieźć kierowcę i towar z punktu A do punktu B. Co z tego że błotnik jest pomalowany samym podkładem, nie ma panelu bez wgniecenia, a powierzchnia lakieru przypomina czoło nastolatka? I tak wygląda lepiej od Autosana, którym jeździ wujek Henio w lokalnym PKSie. Definicja słów lejesz i jedziesz – nie ma dwumasu, turbo ze zmienną geometrią, DPFu, EGRu, osiemnasięciu komputerów i kontrolek liczących zapięte pasy i poziom chuja starego w twojej dupie.

berlingo2

16. Paweł z LBI
Witam, mój koszmarny wybór motoryzacyjny to Renault Vel Satis 2.2 dci.
Nie mam pojęcia co myślałem i jak głupi byłem go kupując, ale mimo wszystko byłem w pełni świadom, że panewka może się przekręcić. I tak we wrześniu 2014 go nabyłem u Niemca, stan super, 150 tysięcy przebiegu, cena 3000e. Diagnosta już w Polsce na przeglądzie mi to potwierdził że nie ma się do czego przyczepić i ogólnie dobry zakup pomimo to że to Reno Versatil 2.2 dci. Byłem bardzo szczęśliwy i podniecony, autem się jeździło świetnie, rozpierała mnie duma. Auto doinwestowałem, sama akcyza kosztowała mnie bodajże 2300 czy coś, do tego inne koszty związane z przerejestrowaniem, rozrząd, wymieniłem też tarcze hamulcowe w sumie to auto kosztowało mnie sumując to wszystko ok18 tysięcy złotych. Sielanka jednak nie trwała długo. W grudniu 2014, tuż przed samymi świętami usłyszałem pukanie. Po zrobieniu 10 tysięcy kilometrów zapukała do mnie panewka i pomyślałem sobie „trudno, podoba mi się to auto, wrócę po świętach do pracy, coś odłożę to sobie naprawie” Jednak gdy wróciłem po świętach do pracy okazało się że moje miejsce pracy zostaje zamknięte z dnia na dzień. A jako że pracowałem wtedy w Niemczech to i auto zostało w Niemczech. Mając nóż na gardle sprzedałem je za 3500zł z obróconą panewką. Na osłodę tej gorzkiej historii dodam że teraz upalam Vectre B z silnikiem 1.7 od Isuzu. Cudowne auto, wszystko działa, panewki się nie przekręcają i do tego ten dizajn lusterek a to wszystko za 2400zł (pierwotnie miało być 2300, ale pan ok.60 lat od którego go kupiłem nie był wstanie uwierzyć w to że ubezpieczenie teraz przechodzi na nowego właściciela i kazał mi po długim uświadamianiu go ze tak jest sobie dopłacić. Potraktowałem to jako taki easter egg transakcji ze starszym człowiekiem i z uśmiechem dopłaciłem tą stówkę) Daje zdjęcia jak tylko auto kupiłem (zdjęcie1) i jak auto już stało jakiś czas (zdjęcie2) Tak, jestem z LBI.

vel

17. woocash
Pewnego pięknego grudniowego dnia wybrałem się obejrzeć z zamiarem nabycia drogą kupna pięknego peżota 205 z pancernym XU9D na pokładzie. Peżoł jeździł, jak to piszą skręcał hamował i trąbił. Jakoś nie przekonywała mnie blacharka, a że to był mój 5 czy 6 taki peżot, więc trochę kręciłem nosem, jako że sprzedający nie chciał zejść z niebagatelnej ceny nie pamiętam czy 1000 czy 900 złotych, to wróciłem na tarczy tramwajem i pociągiem do domu.

No i dopadły mnie wątpliwości, jedwabisty klekot śmierdzącego ropą dizelka śnił się po nocach /już wiem co zagłuszał 😉 / piękna kraciasta tapicerka na zarwanych fotelach we snach wyglądała jeszcze piękniej…

Dwa tygodnie póżniej zadzwonił znajomy, który kupił go dla dziewczyny czy żony, w każdym razie O DZIWO jej się nie spodobał. Pojechałem więc szczęśliwy jak norka po ten skarb motoryzacji.

XTRa Ryszard Diesel – bo tak nazwany został ten XR przebogaty diesel gdy nie klekotał to cichutko pochrupywał… jako że dostać się do podłogi w nim nie stanowi większego problemu, wymacałem jakieś tam ognisko rdzy. Ale przecież 205 nie rdzewieją 😉 Trafiłem na prawdziwy okaz. Im dalej w las tym więcej chrupiących drzew – samochód miał rodowód iście pogrzybowski – minia to tu to tam, wspawane jakieś elementy z pralki Wiatka. Jako że ambitny ze mnie człowiek, postanowiłem reanimować – choć miał iść na wrak race, ale jakoś było żal 😉

samochód sprzedałem, kupił miły pan dla swojej żony.. też śnił o ekonomicznym klekocie niezniszczalnego dizelka, i pewnie gdyby nie to chrupanie… to nie znalazł by się szybko znów na allegro… gdzie jesteś Ryszardzie?

ryszard2

18. ERYK
W życiu każdego faceta przychodzi ten czas gdy musi sobie poradzić z procesem starzenia. Przychodzi wtedy moment by kupić jakaś gruba furę, pogonić stara żonę z chaty i ciupciac małolatki które jeszcze nie wiedza, ze 2 razy w ciągu nocy to nic specjalnego.
Pomyślałem sobie, nadeszła pora by rekompensować sobie małego ale cienkiego. Coś głośnego jak okrzyki kobitki, z długa maska i szeroka pupa.
Kupię sobie wyścigówkę !
Każdy rozsądny człowiek wskakuje wtedy na jakieś Mobile czy inne strony i szuka jakiegoś szrota spod znaku kółeczek czy tam kopiącego konika albo innego widelca.
No ale zobaczyłem, ze na sprzedaż jest Corvette Z06. Pomyślałem, ale fajnie! Jaka talia! Jaka pupa! Jaki silnik! Idealne miejskie autko. A skoro wszyscy robią LS Swapy to pewnie niezawodne.
Zakupiłem auto i sposobie się do powrotu.
To znaczy, zapłaciłem i wezwałem lawetę by zawiozła mi auto pod blok. Bo opony są debilnie szerokie, pozatym szkoda felg bo są z karbonu. No i obręcz ma takie przetoczenie w środku, ze jak woda się naleje do środka to auto tańcuje jak kurwa na odpuscie. A opony nie działają na mrozie, śniegu, deszczu czy tam innym popularnym zjawisku atmosferycznym w naszej strefie klimatycznej.
Myśle sobie, kurde ale dowale prestiżem, nie dosyć ze nowe auto, to jeszcze wozi na lawecie by nie kręciła przebiegów jak passat Bogdana spod 10. Będzie branie.
Wyszło słońce, stopił się snieg pora na otwarcie sezonu!
Wsiadam, odpalam, wyjeżdżam z garażu.
Martwi policjanci na ulicy. Kat 45 stopni, stukanie w sprzęgło i się toczę na glebie. Kolejka za mna jak za Zbigniewem Łomnikiem na poczcie. Wszyscy wkurwieni.
Myśle sobie, wyjadę na autostradę będzie lepiej.
Jadę pędzę autostrada mając nadzieje na przydrożny romans i wtem dziura i szur szur w kole. Zerwany czujnik ciśnienia. Opona od środka poharatana jak turbina z Renault 2.2 gdy weźmie płyn chłodzący.
2 tysiące zielonych papierków i dwa tygodnie później przychodzą opony. Założyłem, i jadę.
Myśle sobie, pojeżdżę chwilkę lato się robi, pod klubem stanę od niechcenia to jak sie loszki wywiedza to się mało nie zaduszą w drzwiach od remizy tak będą gnać by zobaczyć cudo amerykańskiej motoryzacji…
No ale chendz oil bo 5000 kilometrów minęło jak jeden dzień.
Kupuje olej i filtr. Fajnie mieć chevroleta, pewnie będą zamienniki.
Nie ma.
8 litrów i filtr. 8 stów.
Nie ma miękkiej gry!
Olej się spuszcza jak łysy z brazers a ja sobie wyobrażam już ta pierwsza noc pod remiza. Bardzo to dobrze, ze do bagażnika wchodzi mi składane wiosło od kajaka bym mógł odganiać małolaty.
I wtem !
Patrzę a tutaj wypada kawałek metalu.
Okazuje się, ze janusze od wyczynowych silników spod warszawskiej wsi gdy składali to im sie ręka omskła i sprężynkę zabezpieczająca sworzeń tłoka od prawostronnego banku cylindrowow drajwer side za przyczlapem bulbulgatora wygięło i się urwało.
Teraz pytanie, czy jeździć czy nie. A jak tak to kto ma zrobić serwis?
Myśle, zawiozę do prawdziwego szpenia, legendy polskiej sceny amerykańskich wyczynowych aut.
Zawiozłem wraz z plikiem pieniędzy który mógłby zadusić osła albo spłacić narodowy dług Wenezueli. Po krótkim czasie który w kategoriach boskich trwał mgnienie oka auto ma nowe serducho i jest na chodzie.
Dzięki Bogu miałem swoją stara bmw z której kiedyś wysiadam i patrząc w okna widzę ulgę sąsiadów, ze może Vetta była pożyczona?
Podjeżdżam na stacje a tam się facet interesuje i pyta czy może sobie zrobić zdjęcie, na parkingu sąsiad pyta a jaki to ma piec, typy z samochodów pokazują kciuki w górę, a ile to pali, a ile ma koni, a ile do setki, a czy wygodne, a czy ma bagażnik a jak nisko, a dlaczego nie ma rejestracji i czy policja zatrzymuje?
A loszki? Albo są zajęte wrzucaniem snapow czy innych instant gramów i robieniem dziobków albo z wyrzutem mówią, ze nie wskoczą do takiego auta gdzie widać im psioche a próg się zaczyna na wysokości końca ich obcasa. Bo kobiety maja w dupie auta. Liczba wyrwanych kobitek na auto : 0.

Kupiłem rower, chodzę na krosfit i jem tylko bezglutenowe jedzenie. Studiuje prawo i uważam, ze powinnismy odbić centrum miast dla rowerzystów. Rurki lekko cisną w krocze ale przynajmniej lasie się mna interesują a nie hordy napalonych facetów.

IMG_0997

19. Marek Z

Ujeżdżasz podobne auto więc czujesz na pewno ten klimat. Ale do rzeczy….

Chciałbym ci przedstawić mojego Eljota 80, czyli słodziachną terenówkę z serduszkiem o zabójczej pojemności 800 ccm. Autko to nie ma sobie równych – przyciąga wzrok przechodniów, wzbudza politowanie wśród posiadaczy BMW, a wyznawcy terenówek ( zwłaszcza spod znaku Suzuki) patrzą na niego jak na antyczną rzeźbę. Płeć piękną również przyciąga, ale bardzo selektywnie… na szczęście mamy z LJ takie same gusta…

Niemcy śmieją się z niego że rdzewieje szybciej niż jeździ – i to niestety jest prawda. Większość „oryginalnych” egzemplarzy jest w stanie połowicznego rozpadu. Te kochane noszą na sobie tony szpachlu i innych śladów operacji plastycznych, choć lepiej powiedzieć raczej rozpaczliwych starań utrzymania ciała przy życiu. Te niekochane w zasadzie już uległy biodegradacji w stodołach i na złomowiskach.

Jednak mój LJ jest z tych kochanych, mieszka w cieplutkim i suchym garażu, a w przypływach chandry jest wyprowadzany na spacer żeby potaplał się w mięciutkim błotku. I to chyba mu najlepiej wychodzi – na drodze jazda ponad 80km/h to przygoda życia. Wiedząc że jest wyposażony w cztery bębnowe spowalniacze patrzymy daleko do przodu niczym pilot myśliwca wypatrując samochodów które mogą się zatrzymać szybciej niż my. Dźwięk w surowej kabinie przypomina lot tym razem starym poczciwym Mi2 – dźwięk silniczka jest zagłuszany gwizdem niczym turbiny kół zębatych mostów reduktora i skrzyni… Na to nakłada się kakofonia trzasków zgrzytów i mlaskania rdzy jedzącej karoserię. Poezja…, po 3 godzinach jazdy każdy inny samochód którym jeździliśmy wydaje się być Premium ++++ Prawdziwą klasę pokazuje jednak w ulubionym mięciutkim błotku. Zapinamy 4*4, do tego reduktor i jazda po miękkim. Zostawiamy wszystkie SUV’y, błyszczące Gelandy ( no dobra tu przesadziłem ) na parkingu leśnym i wjeżdżamy w prawdziwy teren… LJot przejeżdża z łatwością przez błoto, w którym z łatwością możemy zostawić gumofilce, a ślady przez niego zostawiane nie niepokoją leśniczych bo ich prawie nie widać.

Myślę że czujesz tę skomplikowaną relację – mimo przykrywającego maskę szpachlu, zalewającego się gaźnika można go kochać, a miłość jest odwzajemniana. Jesteśmy już razem 2 lata, i zapowiada się że zostaniemy na zawsze.
lj

20. Michał K
Kup w124 mówili. W ogóle się nie psuje mówili. Wspaniały wybór na pierwszego jaktajmera. Zwłaszcza takie kupione po nocy „w stanie idealnym” z silnikiem benzynowym na wtrysku Ke-Jetronic. Człowiek młody, głupi, cena kuszącą – trzeba się spieszyć. Poprzednio oglądane parchy peerelowskiej produkcji w ogóle nie jeździły, więc jeżdżący granatowy baleron był jak spełnienie marzeń.
A raczej koszmarów. Pal sześć ‚pienkne’ światła dzienne przyklejone do zderzaka, srebrna naklejka AMG czy przyciemnianie szyb workami na śmieci. Zaczęło się od wykrycia niewinnego chłeptania oleju. Ale oczywiście wcale się nie przejąłem przebieg duży to musi palić olej.
No trochę bardziej się przejąłem jak okazało się, że skrzynia w ogóle nie ma oleju. Odkryłem to dopiero gdy samochód zaczął się blokować na biegu wstecznym. W sumie to most też nie miał oleju.
Proszę bardzo wymiana skrzyni, krótko później regeneracja mostu, przy okazji wyszła masa pierdół, kwota za to znacznie przekroczyła wartość tej kupy złomu. No ale przecież to piękny jaktajmer, absolutnie wart odrestaurowania.
Ale że to zwykły zajeżdżony baleron, do tego z rzeźbioną blacharką, 3 odcieniami lakieru i śladami po wieśtuningu? To zwykłe oszczerstwo!
No to jedziemy dalej, blacharka też oczywiście do zrobienia – okolice tylnego zawiasu.
Co zrobiłem? ALEŻ OCZYWIŚCIE NAPRAWIAMY TEGO WSPANIAŁEGO HIPSTAJMERA.
Hmmm zawieszenie z tyłu wywalone? Taaaak, wymienić wszystko od razu na nowe, najlepsze.

I tak sukcesywnie wymieniłem lub naprawiłem już prawie wszystko. Z każda naprawą wychodziła potrzeba 3 kolejnych. A 7 dnia usiadłem i zapłakałem, bo on i tak dalej się psuje – jak przystało na totalnie zajeżdżony samochód. To mój najdłuższy i najbardziej toksyczny związek w życiu.

Zapomniałem dodać najlepszego. Przez chwilę wierzyłem w przebieg – 300k. A 5 lat jeździł na taksówce. Zdecydowanie nie polecam nauki na własnych błędach.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

21. Julo – poza konkursem ale warto przeczytać
Honker. W sumie to nawet nie Honker. Tarpan Jeep. PW-2. Pojazd Wielozadaniowy. General Purpose. GP. Jeep. Jeep po polsku jest jak „Karate po polsku”. Niby można… Historia tego wozu to historia porażek, pomyłek, złych wyborów i ogólnego nieszczęścia.
Zaczęło się od tego, że kiedyś tam kupiłem Nysę 325 i szukałem do niej Honkera na części. No i znalazłem PW-2 na allegro. Rawa Mazowiecka. Daleko od Krakowa, drogo, na szczęście szybko się sprzedał, ale złapałem kontakt do właściciela i zapisałem. Chłop obiecał poprosić kupującego, żeby się ze mną skontaktował. Oczywiście bez skutku. No i spokój. Ta, jasne.
Po kilku latach ten sam wóz znowu trafia na Allegro, w Brzesku. No ok, 50km to można jechać pooglądać. TYLKO pooglądać. Long story short, kupiłem złom z ugotowanym XUD9 pod maską. No to co, jedziemy na kołach do domu. No, takiego wała. 5km i silnik okazuje się ugotowany na poziomie reaktora nr 4 w Czarnobylu. I tu pojawia się przebłysk rozsądku. Telefon do znajomego laweciarza. „Co ty, jest sobota rano, przecież ja jestem jeszcze pijany”. No i tyle było z rozsądku. Bierzemy te 1,5 tony złomu na hol. Za Polonezem Caro. 60km. Iwo dopiero na miejscu przyznał się, że pierwszy raz w życiu jechał na holu.
OK, dojechaliśmy. Pierwsza rzecz – uszczelka pod głowicą. Głowica sprawdzona, splanowana, wszystko poskładane, pali, jeździ, git, jedziemy na KrakowskieKlasykiNocą. Okazuje się, że wóz ma tak rozpieprzone zawieszenie, że utrzymać go na drodze to jest po prostu niemożliwość. No to na kołki, remont mostów. I reduktora. I wałów. No bo w sumie jak już jedno, to i drugie itd. Okazało się, że dyfer w przednim moście był złamany. Kosz z satelitami złamany. Nosz ja pierxxxxx. OK, jakoś to będzie. Łożysk zwrotnic, piast, półosi, i reduktora okazało się być łącznie ze 30.
Dobra, jakoś poszło. Poskładałem to do kupy. Trzeba było zmienić miejsce pobytu tego trupa, więc bez hamulców na lawecie wóz pojechał na zmycie kilkuletniego syfu. Na placu przed myjnią wjechałem swoją wielką terenówką w rów do deszczówki. Tai betonowy rowek 20cm szeroki i 3 głęboki. Coś pieprznęło i auto stoi krzywo. Chyba pękł resor… JA JEXXXXXX co jeszcze? No chyba już więcej nieszczęść nie może tego złomu spotkać. Tarpan postanowił, że kopanie leżącego to jego ulubiony sposób walki i dosłownie 5 minut później sprawił, że zerknąłem do chłodnicy. Okazało się, że wóz pod maską ma superwydajny agregat do produkcji majonezu. Ugotowany XUD musi mieć pęknięty blok. Dobra, dość tego, nie wytrzymałem, wstawiłem tego trupa do garażu i chciałem o nim zapomnieć chociaż na chwilę. Zacząłem szukać kolejnego Honkera na części. Dość tych głupich zakupów, Honker do wybebeszenia musi być w miarę sensowny. No jasne, teraz czas na rozsądne decyzje motoryzacyjne. Chwilę później kupiłem kolejnego PW-2… Czy to się kiedyś skończy?

Obraz 018

To tyle – jutro w ciągu dnia głosowanie.

← Previous post

Next post →

14 Comments

  1. Kempf

    Panowie, jestem pod wrażeniem 😉

  2. Wpis zdominowany przez XUD. Prawie jak emotikon XD

  3. wiecej

    Wiecej!!!!!

  4. Hampel

    Ja też, praktycznie żadna historia nie jest ciekawa i nie ma w sobie koszmaru. Kupując auto za czapkę miedziaków to ciężko spodziewać się perełki. Kupiłem grata za kilka stówek i okazał się gratem, no rewelacja, suspens jak u Hitchocka. Liczyłem raczej na historie z prawdziwym dreszczykiem, bo ciekawsze niż te tutaj można zobaczyć w turbo kamerze….

  5. Szela

    w berlingo miałem zupełnie inaczej rozjechane zamki, kiedyś otwarłem i odpaliłem go kluczykiem z saxo żony, jedyne co mnie zdziwiło to świecący się immobiliser na desce :)

  6. Teksty z cyklu kto najlepiej naśladuje styl zlomnika.

  7. Klakier

    Tak a pro po Julo od tarpana ,Czy to ten sam ,który miał zieloną nysę 325 w barwach wojennych i ostatnio widziałem ich razem na św pamięci youngtaimer pl? Można gdzieś o Was poczytać jeszcze?

  8. jonas

    Ależ wodzu, dlaczego na fejsbuniu?

  9. wlasnie, dla czego na szajsbuku, ja bym mogl opisac Libero 😉 to przeslodki samochodzik, ale chyba najwiecej w nim zdechlo mimo ze byl krotko i byl drogi (byl za bodajze 3500zl, oczywiscie ze tyle nie zaplacilem, ale dalem zupelnie sprawne Berlingo)

  10. Matiz

    Miałem wysłać ,ale w sumie mój koszmar słaby. Impreza w cale nie koszmar, Mikra K11 koszmar ,ale sprawdziłem dobrze przed kupnem i wiedziałem że kibel. Łatanie jej ocynkowaną blachą z lady chłodniczej na ryby traktuje jako praktyka przed łataniem Imprezy. GF mimo mojego usilnego zaniedbywania dalej wozi nam dupe. Do naprawy ćwiar i dyfra rozpędzam sie od 3 lat.

    Dobrym koszmarem był 205 GTI mego brata który stał bardzo długo w garażu. Raz ruszony zaczał sie sypać jak głupi. Byłem wtedy w podstawówce. Pamiętam czarne „tymczasówki” zółte litery, z Xem, w trakcie powrotu wyglądało to mega gangstersko, jakoś tak nielegalnie, to był jeden jedyny raz gdy widziałem czarne tymczasówki, potem dostalismy KAX 356B. Peżot że był sprowadzony z niemcowni, gdzie ludzie mieli kapitalism troche dłużej, miał dołożone tuningi. Wtedy nazywało sie to rasowanie albo składak. Z przodu miał konwewrsje na 4 okrągłe reflektory z obudowie Carello, z czego wew. klosze + halogeny były zółte i działały jako długie. To była mega francuska kosa, chyba nic motoryzacyjnego nie poraziło mnie tak po dziś dzień, jak moment włączenia długich w peżocie. Niestety odbłyśniki zgniły i bracik kupił zwykłe klasyczne lampy, Carello poszły dosłownie do smietnika, jak dziś pamietam jak wlatywały do Alby. Ale bym dziś był k***wa bogaty za te carilllo… tak samo dziwny spoiler centralnie na srodku szyby wygladajacy troche jak cosworth ze sierry. Cholera wie co to było ,ale chyba jakiś nimiecki Musketer, bym se dziś kupił dom z basenem jakbym puscił go na ebayu. Po latach doceniam jednak gust brata. Troche był skaleczony. Za to wyzionął ducha w iście wybuchowy sposób. Jednym z podrasunków był nalepka turbo na grilu. Ostatni mechanik przeczytał że turbo i nalał ropy (przynajmniej taką wersje pamiętam przez mgłę) Potem pezot trafił do ASO na płukanie. po odbiorze dostawał nagłego świra na obrotach, odcina na jakieś 3-10 sekund (WOT). Diagnoza aso?- spaliło ECU. Co ciekawe jako brzdąc dojrzałem jakąś dziwną wtyczke połozoną na górze silnika. Peżot poszedł ponoć za 400zł. A ja z ojcem dopuściłem sie straszliwego grzechu- już po podpisaniu umowy, wieczorem, zanim chop odebrał, opierdzielilismy wszystkie znaczki. Mój stary wąsaty fater tez lubił to auto…
    Po latach zostala nam z peżota książka serwisowa. Przeczytałem całą będąc w 5 lub 6 klasie SP. I wiecie co? ta wtyczka ty był czujnik GMP.

    brat potrzebował dupowozu na dojazdy na uczelnie. Strasznie mi go żal ,że trafił na nas.

    Znaczki są na OLX. Sprzedam mega drogo. Oryginał klasyk, z HISTORIĄ. I kurde w sumie pisze to troche na serio… :)

  11. method

    Matko, ilość przekleństw w niektórych opowieściach (zarówno pierwszej jak i drugiej części) wypala oczy, czułem się niekiedy jakbym słuchał opowieści pijanych Januszów na imieninach u Mirka.
    I szkoda że tak wiele osób próbuje naśladować styl złomnika. O konkretnych wpisach nie będę się wypowiadać bo nie chcę tutaj jakoś sugerować na kogo głosować.

  12. Ciężko przebrnąć przez te potoki literatury pięknej, więc przyznaję się, że o ile pierwszą cześć zmęczyłem niemal w całości, tutaj już sobie odpuściłem po przeczytaniu kilku pierwszych zdań z każdej historii. Złomnik jest niestety tylko jeden i nawet jakby się miało talent literacki, to podrabianie go na jego własnej stronie jest niezbyt dobrym pomysłem. A jak się talentu nie ma, co niestety tyczy się większości uczestników, to wychodzi całkowicie niestrawny i nieśmieszny pasztet. Szkoda, że konkursowe zgłoszenia nie zostały jakoś wstępnie zweryfikowane przed opublikowaniem, bo w takim natłoku to jest po prostu męczące.

  13. S7TDI

    Niektóre historie są w ogóle nie na temat… Np. Berlingo i Suzuki LJ… Nie wiem co było w tych autach takie koszmarne, skoro właściciele wręcz je zachwalają… Również spodziewałem się ciekawszych historii, ale chyba jednak ludzie nie umieją się przyznać do prawdziwych porażek… Silenie się na bycie podobnym do Złomnika też jest słabe – chyba nie warto się tak podlizywać tylko z powodu wartego kilkadziesiąt złotych albumu…

  14. Piotr Longa

    Suzuki lj :) jesteśmy razem już, chyba dopiero bo ja dopiero ok 16-17 lat mam ljota ma wiele wad ale silnik kreci powyżej 10 tys obr (obrotomierz mam do 8 tys) w teren nie trzeba nic przerabiać tylko odpowiednie opony. lekki tani w utrzymaniu hamulce tarczowe podchodzą bez przeróbek od sj410

    W Polsce coraz więcej jest Lj ale ciekawe ile, ma ktoś dojście do CEIDG

Dodaj komentarz