Mój koszmarny wybór motoryzacyjny – zgłoszenia konkursowe [1/2]

Niedawno na fejsbuczku ogłosiłem konkurs, w którym do wygrania jest album „Żelazo”.
Tematem konkursu był „mój koszmarny wybór motoryzacyjny”. Uczestnicy mieli opisać samochód, który kupili i okazał się totalną wpadką. Nie było limitu znaków i można było dodać zdjęcie. Zależało mi, żeby ludzie podzielili się ciekawymi historiami z własnego życia.

Oto nadesłane opisy – czytania jest sporo, a to dopiero pierwsza połowa. Jutro druga połowa i głosowanie. Główna nagroda to album „Żelazo”, a zdobywcy drugiego i trzeciego miejsca otrzymają nagrodę ufundowaną przez sklep www.bullifan.pl -> LINK DO SKLEPU


1. Damian

kupno dziwnego samochodu. pobiłem sam siebie w tym konkursie. miałem ostatnio poloneza trucka z 93r (chcialem zawsze pick-upa) . ale pewnego pieknego wieczoru przeglądając mody ostatnio portal aukcyjny znalazłem ”mokry sen koreańskiego premiera” Kia Clarus 99r. auto tak nudne i dziwne że sam się o to nie podejrzewałem, przeżyłem hejt znajomych , dziwczyna się obraziła, nawet światło w lodówce przestało mnie radośnie witać sięgając po pasztet drobiowy. Emocje ostygły i doszedłem do wniosku co popełniłem , żeby wyjść z opresji jakoś z twarzą posanowiłem zdjać wszystkie emblematy z pojazdu w celu ”nie robienia siary we wsi” . Po czasie przerobiłem tylne lampy w stylu US ”jak hondziarze” i dołozylem obrysówki w kierunkowskazach przednich. Dzieki tym zabiegom moja kia stała się egzotycznym autem z za oceanu, co przestało przynosić wstyd w okolicy (bynajmniej tak mi się zdaje). w najbliższym czasie planuje przyklejenie emblematów chryslera albo czygoś podobnego.Książki może nie wygram ale chodziaż mogłem się podzielic moim wyznaniem prawie jak na anonimowych ;D .


2. Kajetak

Opowieść moją zacznę w dniu 13.11.2003r gdy kupiłem swojego pierwszego Trabanta 1,1 universal za zatrważającą kwotę 3,500 Polskich Nowych Złotych… Dla biednego studenta kwota nie do ogarnięta bez wsparcia rodziców. Pomijam fakt, że w roku 2004 ceny Trabantów poleciały na łeb i szuję i takiego samego można było kupić za 1,500 zł… Ale ja nie o tym przyrządzie do przemieszczania się chcę opowiedzieć – ten był spoko, całkiem trafny zakup – sprzedałem go dopiero w 2015 roku swojemu kumplowi, który ujeżdża go do dziś dzień.
Moja opowieść o pojeździe z krainy mchu i paproci zaczyna się tak naprawdę w okolicy dnia 10.08.2007r. Wtedy to mój znajomek powiedział mi, że w Gdańsku na Przymorzu, pomiędzy „falowcami” stoi jeden smutny Trabi z naklejką na tylnym pasie „1965” i całkiem ciekawymi fantami jak np. trójdzielne zderzaki czy „śmigło” na grillu. Zasugerował, że można by kupić tego Traba i rozsprzedać na części….
Po rozmowie z innym kumplem stwierdziliśmy, że skoczymy między „falowce” i obczimy sprzęta. W dniu 17.08.2007r wozidło znaleźliśmy bez problemu, stał zaparkowany na parkingu osiedlowym pomiędzy dwoma „falowcami”. Cały pokryty zielonym futerkiem, które myślę, że i Tobie przypadłoby do gustu 😉 Od razu w mej głowie padła myśl „CHCĘ GO – BĘDĘ UPALAŁ AŻ ZESZLIFUJĘ PO DACH” (Fotki z oględzin pojazdu załączam jako pakiet ZIP) Rozpoczęło się poszukiwanie właściciela tego pierdzikółka… Nie było to łatwe bo w obu „falowcach” mieszka po około 5 tyś. ludzi… Zaczepialiśmy więc przyglądających się nam Bogu ducha winnych ludzi z pytaniem „przepraszam, czy zna Pan/Pani właściciela tego Trabanta?” Ludzie na ogół odpowiadali „0_o nieee?!” za spojrzeniem w stylu „odejdź ode mnie… pewnie jesteś trędowaty albo umysłowo chory…”… Zupełnie nie rozumieliśmy zachowania ludzi 😉
W pewnym momencie uderzyliśmy do starszego pana, który przechodził obok nas już chyba czwarty raz, zawsze z tymi samymi psami na spacerze 😉 powiedział nam: „pamiętam te czasy gdy ten Trabant jeździł”… (nie wiem czemu użył akurat tego określenia czasookresu – Trabi miał już wszakże białe blachy z PeeLką z flagą na lewym boku) Nasz dalszy dialog wyglądał mniej więcej tak:
Ja- w którym falowcu mieszka właściciel?
Dziadek- jaaaa nie wiem… ale chyba w tym tu (pokazuje na najbliższy falowiec) Mieszka chyba na parterze…
Ja-w jakim wieku jest właściciel? (liczę, że to stary grzyb i chętnie pozbędzie się nieużywanego sprzęta)
Dziadek- to jakiś młody chłopak, mniej więcej jak Panowie…
Ja- (dół jak wykres w ciśnienia w moim Passacie B2 1,6 diZel bez suszarki na dolocie, gdy pierścienie poszły się paść na jednym z garnków – gości pewnie wie co ma i tanio sprzęta nie odda…)

Po okazaniu wyrazów szacunku Dziadkowi, który poświęcił nam odrobinę jakże cennego czasu z resztki swojego życia, wraz z kumplem stwierdziliśmy, że zaczynamy poszukiwania od mieszkania nr 1, wszak przy nim stał mój obiekt westchnień, sprzęt, którym już niedługo miałem jeździć dumnie na zloty).
Gdy zapukaliśmy do drzwi, wyłonił się typowy Janusz z PeeReLowskiego PKSu – ubrany w wyciągnięte dresy i koszulkę na ramiączkach, wykonaną z tej super siateczki – pewnie wiesz o jaką chodzi 😉 Gościa szybko wypytaliśmy o właściciela Traba, a on nam powiedział, że też chciałby poznać tego typa, co mu widok pod oknem psuje swoim złomem… Powiedział też, że jak ktoś będzie znał właściciela tego auta to pan Janek – gospodarz domu (nie wiem czemu nie zdziwiło mnie jego imię 😉 Powiedział też, że Janka możemy próbować łapać w klatce obok i podał nam numer jego mieszkania (nie pamiętam już jaki). Udaliśmy się do tej klatki i chyba z 5 lub 6 razy próbowaliśmy dodzwonić się do Janka – bez powodzenia – nikt nie podnosił słuchawki domofony. W międzyczasie spora liczba ludzi oferowała nam wejście do klatki i nie mogli zrozumieć gdy mówiliśmy „nie, nie, dziękujemy – my do Janka…”
W pewnym momencie z tą samą propozycją wyszedł do nas gościu w naszym wieku i gdy usłyszał, że my do Janka, odparł, że Janka dziś nie ma bo pojechał z „kamerować” jakieś wesele czy cÓś… Zagaił też pytaniem „a może ja mogę w czymś pomóc?” Opowiedzieliśmy, że chodzi o tamtego Traba sod nr 1, i że podobno Janek może znać właściciela. Typ wykazał zainteresowanie i zaczął pytać „a po co Wam ten złom? A ile byście za niego dali” A czy się opłaca w to bawić?” i inne takie. Gdy udzieliliśmy jemu szeregu wymijających odpowiedzi odparł nam „a bo to ja jestem jego właścicielem xD”…
Cenę ustaliliśmy, że sprzeda go za 100/200 zł i że odbiorę go następnego dnia.
Gdy pojawiłem się po niego z lawetą zaprzężoną za starą poczciwą Beczką z zielonymi szybami, zieloną tapicerką i zielonym lakierem (szpan na wsi nie mniejszy niż rozsypywanie płatków przed obrazem Jezuska w czasie procesji) kolo od ręki podbił cenę na 200 zł…
Traba nie można było wyszarpać z miejsca ani ręcznie ani wyciągarką lawety… Beczka stawała bokiem gdy szarpała zardzewiałka ale po kilku próbach dała radę 
Traba przewieźliśmy na wieś pod Gdańskiem gdzie wtedy mieszkałem i ustawiliśmy czterech pustakach pod progami…. Następnie dostałem cynk o nówce sztuce nieśmiganej podłodze do Trabersa, którą kupiłem za…. 200zł (fotki z załadunku też w załączniku).
I teraz opis rzeczy które trzeba zrobić w Trabie:
-wszystko!
-ogarnąć temat usunięcia zapisku w dowodzie rejestracyjnym „pojazd bez silnik” który znajduje się w miejscu, gdzie normalni ludzie mają adnotację ”hak” lub „LPG”

Trabi od 10 lat stoi i nabiera mchu i paproci…. Nic w nim nie robię ale upieram się wciąż twierdząc „nie sprzedam-kiedyś go zrobię”… I chwalę się nim za każdym razem gdy się mnie pytają „a Ty masz jeszcze jakiego Traba?” ja z dumą odpowiadam „tak, z 65 roku ale muszę go dokończyć”
Myślę, że bardziej „trafionego” zakupu samochodu nie można zrobić 😉

trabi


3. Piotr

Nie znoszę niemieckich samochodów. Nie cierpię iść bezmyślnie za tłumem.
Wszystkie moje własne samochody były francuskie lub szwedzkie. Firmowych zaliczyłem sporo, z różnych części świata. Ale prywatny, za własne pieniądze zawsze był francuski. Zawsze kombi. Zawsze cieszyłem się z komentarzy, żeby nie kupować samochodów na F. Dzięki temu moje ukochane Cytryny były tańsze. Od dwudziestu lat niezmiennie Double Chevron na masce, od piętnastu tylko hydropneumatyka. Od 2005 roku, na skuktek kolejnych przeprowadzek między kilkoma państwami zaliczyłem pięć po kolei sztuk C5. W efekcie, kiedy kolejny zarządca floty przyprowadzał błyszczący jeszcze większą ilością cudacznych przetłoczeń samochód firmowy, ja niezmiennie dręczyłem go narzekaniem, że w tym samochodzie to chyba nie ma zawieszenia. Ciasno, twardo, ale jak trzeba, to trzeba. W pewnym momencie mogłem zrezygnować z firmowego samochodu w zamian za jakiśtam ryczałt, co czym prędzej uczyniłem, kupując oczywiście kolejną C5 oraz klasyczne Volvo 240. Volvo było samochodem „reprezentacyjnym”, a dwie C5 woziły mnie, żonę i nasze dzieciaki przez kolejne lata.
W poprzednie lato automatyczna skrzynia biegów w srebrnej C5 mojej żony zaczęła ślizgać sprzęgiełkami. Kilka odwiedzonych warsztatów stwierdziło jednogłośnie, że koszt naprawy wyniesie dokładnie tyle, ile wartość rynkowa samochodu. Postanowiliśmy nie ruszać tej skrzyni i jeździć dalej, aż się rozleci. Przez kolejne kilka miesięcy skrzynia odstawiała coraz częstsze numery – chcesz przyspieszyć, wciskasz gaz, a ona się wysprzęgla, silnik wyje i nie ma żadnego biegu. Musisz zwolnić i poczekać. Nauczyliśmy się przyspieszać bardzo delikatnie. Najgorzej było z ruszaniem pod górkę. W końcu skończyła nam się cierpliwość. Srebrnej C5 akurat wypadał termin badania technicznego. Przeszła oczywiście bez zarzutów, bo nie testowali jej pod górkę. Czym prędzej zrobiłem serię upojnych zdjęć i wystawiłem na sprzedaż trochę poniżej średniej rynkowej. Oby skrzynia nie zrobiła numeru podczas jazdy próbnej. Potem będę udawał głupka. Klient się znalazł zaskakująco szybko. Kiedy powiedział, że to jego dziesiąta C5, a poza tym ma jeszcze Xantię, CX i Traction Avant, zrozumiałem, że go nie oszukam. Nie ma to, jak maniak sprzedający Citroena maniakowi. Pojechaliśmy na jazdę próbną. Klient wyjechał na drogę pod naszą górę, wcisnął gaz do dechy i….. skrzynia bez zająknięcia wykonała ciąg redukcji i poszła po biegach do góry. Srebrna C5 opuściła nas tego dnia. Kupiec się nigdy więcej nie odezwał.
No dobra, teraz trzeba kupić samochód. Mogę co prawda na codzień jeździć 240, ale szkoda jej na codzienne stanie w korkach. Doświadczenie pokazało, że potrzebujemy dwóch dużych, niezawodnych samochodów. Nie, żeby Volvica nie spełniała tych założeń, ale po prostu jej szkoda. Kłopot w tym, że kompletnie nie mieliśmy pojęcia co wybrać. C5 po 2008 roku nie można nazwać dużym samochodem, a te wcześniejsze niestety coraz częściej są w stanie jak nasza srebrna. Nikt przecież idealnego samochodu nie będzie sprzedawał. Trzeba się rozejrzeć za czymś młodszym. Ruszyliśmy na przegląd komisów, handlarzy i temu podobnych. Wyłącznie po to, żeby przyjrzeć się samochodom, a potem poszukać lepszego egzemplarza tego, co nam się spodoba. Żeby ustalić, co my właściwie chcemy kupić. Założenia były proste: duże kombi, jak najwygodniejsze, po 2010 roku, ustaliliśmy granicę przebiegu i ceny.
Zaczęliśmy od SUVów. Może jednak się do nich przekonamy. Nie potrafię wymienić w ilu siedzieliśmy. Ceny oczywiście przebiły sufit. I jeszcze to uczucie, że siedzę za wysoko, że jestem chamskim, wymuszającym, przepychającym się ponad innymi samochodami. Nie dla mnie. Nawet Dacia Duster robiła takie wrażenie. Przeszliśmy do kategorii samochodów budżetowych. Długo kręciliśmy się przy Skodzie Rapid / Seacie Toledo. Ale przecież nie będziemy kupować samochodu bez zawieszenia i z mikroskopijnym bagażnikiem. Idziemy dalej. Coraz więcej samochodów zaskakiwało nas „nowoczesnością” – na środku deski ogromny ekran, na centralnej konsoli jakieś bez sensu umieszczone pokrętła, ale radio nie ma CD. Płyt nie posłuchasz. Musisz podłączać ipoda. Chcesz zmienić stację radiową, musisz majstrować na tym telewizorze który świeci po oczach w nocy. Chcesz zmienić kierunek nawiewu – szukaj odpowiedniego menu. Morze plastiku, chromu i prestiżu wylewa się i uniemożliwia jazdę. Dziękuję, ale nie. Przez takie koszmary odrzuciliśmy Peugeota 508 i 308 oraz Insignię i Mondeo. Wróciliśmy do większych samochodów. 5008 i 3008. Czuję się, jakbym prowadził autobus. Na tylnych siedzeniach twardo jak w autobusie. Odpada. Wróciliśmy do C5 model 2008. Brak bagażnika. V60? Jeszcze gorzej. Wyroby koreańskie już się zeuropeizowały i też straszą telewizorami i bezsensownymi rozwiązaniami. Skoda Octavia? Koszmarnie wysokie ceny i tak strasznie przygnębiające wnętrza. I to zawieszenie. Suberb? Nie będę wydawał tyle pieniędzy na hatchbacka udającego kombi.
Po dwóch tygodniach oglądania wszystkich możliwych samochodów byliśmy załamani. Każdy normalny klient mówi że chce BMW 3 albo Audi A4 i problem z głowy. A my jesteśmy nie ten target. Obydwoje czujemy się w tych samochodach po prostu źle. Co robić? Zacząłem szukać szóstej z kolei C5 sprzed 2008. A może jednak jeździć volvicą na codzień?
U któregoś z dealerów, po kolejnych dwóch godzinach chodzenia po placu, usiedliśmy załamani na recepcji. Dlaczego wszystkie samochody po 2010 roku są takie wydziwione? Dlaczego musisz kupić SUVa za jakieś miliony, a nie można kupić normalnego kombi? Dlaczego nie ma już fajnych dużych kombi, jak Mondeo (2 modele w tył), Omega, 406? Dlaczego nawet Toyota musi mieć trylion przcisków albo telewizor na desce? Dlaczego nie ma normalnych samochodów? Czy my jesteśmy tak starzy? Może trzeba skombinować trochę więcej gotówki i kupić V70? Może kupić drugą 240 i ją po prostu zajeździć?
Siedząc na tej recepcji, obejrzałem się za siebie. Za drzwiami stał passat. Miliony ludzi kupują passata. Może to nie jest aż taki głupi pomysł? Otworzyłem drzwi. Ten egzemplarz miał kremową tapicerkę. Czy wspominałem, że nie cierpię czarnego wnętrza? Usiadłem. Normalne radio. Normalne przełączniki. Zaskakująco normalny samochód. Ale pewnie zegary świecą na niebiesko? Tu było zaskoczenie. Na biało. Rety, a może to jest rozwiązanie? Możemy się nim przejechać?
No dobra, nie ma co ukrywać, o zawieszeniu to tutaj nie ma co mówić. Tam w ogóle są jakieś sprężyny? Trzęsie jak wóz drabiniasty. Każdy kamyczek na drodze daje o sobie znać. Ale jedzie. Ma fajny bagażnik i jest taki…. normalny. Jak się go postawi obok C5, to nawet nie wygląda tak źle. Musimy pomyśleć.
Wróciliśmy do domu. Przecież nie będziemy kupować passata, jak połowa dzielnicy. Rety, jak ja dzieciom w oczy spojrzę. Miało nie być niemieckich samochodów. Trzeba coś wymyśleć. Przez kilka kolejnych tygodni żona dalej jeździła niebieską C5, a ja 240. Któregoś dnia w volvicy umarł przekaźnik elektrycznych szyb. Dokonał tego przy otwartej szybie, w deszczu. Zanim go zdobędę, zanim wymienię, minie kilka tygodni. To nas zmusiło do decyzji. Zadzwoniliśmy do dealera. Nie, tamten passat już sprzedany. Ale ma innego, z prestiżową czarną skórą. Załamałem się.
Podpiąłem szyby na krótko, zamknąłem na amen i zaczęło się szukanie passata z jasnym wnętrzem. Wieczorami kombinowałem z kolejnymi przekaźnikami, wymianą kabli w volvicy i szukaliśmy tego &%”#*&@! passata. I wtedy niebieska C5 wykonała zgrzyt chrup i zaczęła zarzucać w lewo przy hamowaniu. Pierwsza awaria w Citroenie jakiej doświadczyłem kiedykolwiek. 400 tysięcy kilometrów przejechanych hydropneumatykami i oto coś się jednak umie zepsuć. Sworznie, złączki, drążki i coś tam.
Z pokorą zasiadłem przed komputerem, znalazłem najbardziej przyzwoicie zapowiadającego się passata. Pojechaliśmy, kupiliśmy i z pokorą wróciliśmy do domu. C5 poszła po nowe zawieszenie, ja wreszcie zdobyłem właściwy przekaźnik do volvo. Jeździłem passatem dwa dni i czym prędzej namówiłem żonę na zamianę. Wróciłem do mojej niebieskiej C5.
Passatem pojechaliśmy na wakacje. Klęliśmy wspólnie na koszmarne zawieszenie, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że nikt już nie robi hydropneumatyki. Klęliśmy na niewygodne rozwiązania schowków i bezsensowne ustawienia tego i owego, ale wiedzieliśmy że naprawdę nic lepszego nie udało się znaleźć. Paliłem się ze wstydu parkując pośród dziesięciu passatów. Powoli przyzwyczaliśmy się do niego. Ale gdy tylko nie pada deszcz i wyciągam z garażu złotą bestię, żona porzuca passata i bierze stare poczciwe C5, żeby choć przez chwilę pojeździć w komforcie.
I tak oto przed naszym domem, na miejscu gdzie wcześniej stało kilka C5, stanął samochód, którego nigdy wcześniej się nie spodziewaliśmy. Nasi znajomi, odwiedzając nas, wybuchali „co się wam stało, przeszliście na ciemną stronę mocy?” No niestety. Stało się. Pasek.

4. Michał
Kalos…po grecku znaczy dobrze… Jeszcze nigdy, żaden samochód nie został nazwany w równie podstępny i fałszywy sposób. Kim trzeba być żeby sprzedawać komuś coś takiego… Kupno Kalosa jest jak zamówienie sukienki z Chin…niezgodność towaru z opisem gwarantowana… Kiedy żona zobaczyła o czym piszę, pogłaskała mnie po głowie i powiedziała: „Kochanie, a teraz opisz to wszystko co przez niego przeżyłeś”. To fakt, na szczęście nasza wspólna przygoda z Kaloszem (ta nazwa pasuje do niego dużo bardziej) już się skończyła. W moim życiu Kalosz pojawił się nagle jak jelitówka…wrażenia z eksploatacji były zresztą porównywalne do przebiegu choroby. Pechowo skasowałem poprzedni samochód i potrzebowałem czegoś na już. Przez to że do pracy dojeżdżałem 140 kilometrów dziennie, wewnętrzny Janusz powiedział: „Kup coś prostego z gazem, będzie tanio i dobrze”. Przypadkiem niedaleko mnie ktoś wystawił na sprzedaż cudowny twór koreańsko-amerykańskiej miłości, młodszego brata Corvette i Camaro (jak się później okazało nieco upośledzonego) czyli Chevroleta Kalos. Maszyna miała prosty silnik 1.2 zasilany podtlenkiem LPG oraz wyposażenie w postaci kierownicy i radia Blaupunkt. Niestety brakowało klimatyzacji, ale sprzedający wyjaśnił mi, że przecież jest elektryczny szyberdach marki Webasto i nic nie zastąpi świeżego powietrza delikatnie muskającego włosy w trakcie jazdy. Szybka kalkulacja milionów złotych zaoszczędzonych dzięki LPG sprawiła, że w ciągu kilku godzin Chevy stał już w moim garażu. Już po pierwszym tygodniu wiedziałem, że tego zakupu będę żałował do końca życia. Pierwsze dłuższe wyjazdy Kaloszem dały mi do zrozumienia, że nasza „współpraca” nie będzie niczym przyjemnym. Trudno to zresztą nazwać współpracą, bo Kalosz uparcie jej odmawiał. Na temat tego co i w jakich okolicznościach się w nim psuło nie ma sensu się rozpisywać. Auto psuło się tak bardzo, że na placu u mechanika dorobiłem się własnej „koperty”. Niestety usterkowości w żaden sposób nie rekompensowały wrażenia z jazdy…jedyne trafne porównanie to po prostu…taczka. Bolał mnie każdy kilometr który pokonywałem w tym smutnym jak Sosnowiec wnętrzu, wykonanym z odpadków chińskiej fabryki tosterów. Dreszczyku emocji z jazdy Kaloszem dodawał zachwalany wcześniej szyberdach. Okazało się że przy najmniejszym deszczu lało się niego tak bardzo, że szybko polubiłem stronę pogoda dla motocyklistów. W pewnym momencie miałem go dość już do tego stopnia, że zapadła decyzja o rozstaniu. Pozostało mi podjąć decyzję…zepchnąć go z urwiska czy wbrew sumieniu obdarować tym „szczęściem” kogoś innego. Moment w którym Kalosz mnie opuszczał wywołał u mnie radość porównywalną do wygranej w totka oraz jednoczesne wyrzuty sumienia i współczucie dla nowego właściciela. Kiedy spadły pierwsze krople jesiennego deszczu, pomyślałem: „Oni już wiedzą” :]

20160803_113209

5. Wilku
Potrzebowałem drugiego samochodu w rodzinie obok (wytrzymaj…) C4 Grand Picasso 2013 (…już). Miał być do wożenia dzieci do przedszkola, robienia zakupów, jeżdżenia na grzyby i ryby… Normalnie każdy wybrałby Passata w TDI (nie?). Mnie natomiast zachciało się japońskiego klasyka ze złotych lat motoryzacji (lat dziewięćdziesiątych – jakby ktoś miał wątpliwości). Wybór padł na Toyotę Land Cruiser serii 7, po kilkumiesięcznych poszukiwaniach w Internecie trafiłem LJ70 po lifcie z 90 roku i to rzut kamieniem od domu… Aż podejrzane – cena znośna, fura lekko pod ofrołd zrobiona, ciut pogięta ale da się jeszcze z błota oskrobać… Pojechałem, pokopałem w oponkę, ponegocjowałem jak należy z urwałem 30% ceny. Kogoś to dziwi? Przecież jestem istny kozak z wybrzeża! Grubas może się ode mnie uczyć – kupiłem już kiedyś Trabanta 601 od koleżanki i Primerę P10 z komisu! Jak już odjeżdżałem po podpisaniu umowy to poprzedni już właściciel uczulał mnie, żebym nie przełączał z „HI” na „LO” bo się może zepsuć. On zresztą jeździł tylko na „HI” bo wtedy „dobrze idzie”. „Tylko wiesz” – mi mówi – „to nie jest demon prędkości. Ma już 25 lat, rozumiesz?” Ja oczywiście spoko, wszystko kumam (zbiłem 30% ceny – może nawet jeździć qwa bokiem, mam to gdzieś). Przybiliśmy piątkę i jadę ku chałpie. Wspominałem już, że to pierwszy terenowy samochód w którym siedzę? No, ale jedźmy… Trochę wysoko, głośno, kierownica lekko krzywo, biegi jakieś krótkie, radio bardziej do ozdoby bo i tak nic nie słychać, ja mu gazu a on… tak sobie… Ale demonem prędkości miał nie być to nie jest… Trafiło się kilka odcinków obwodnicy śródmiejskiej to mu wstawiam ile się da. No da się niewiele. Ja rozumiem, że to nie wyścigówka, ale on ledwo 60 km/h sięga i to prawie przy tym tłoków rurą nie wypierdzi… Nie znam się, jadę… Dojechałem pod dom i cisnę dalej na inauguracyjną przejażdżkę, zabieram ze sobą kumpla i żalę się, że chyba wtopiłem kapustę, bo ten żużel mało się nie przekręci przy przyspieszaniu i więcej niż 60 na godzinę to nie zrobi. Alek – światły motoryzacyjnie człowiek – pyta czy gałę reduktora przekładałem. Ja na to – nie, przecież ma być na „HI” na asfalcie. Ale namówił mnie i przełożyłem. I uwaga – samochód zaczął jechać! 40! 60! 80! 80! 80!… No… w górnym wychyle wskazówki 85… I na razie może być. Co się moi drodzy okazało? Poprzedniejszy jeszcze właściciel zamienił sobie gałkę biegały i reduktora na piękne otomane w skórę gały z Land Cruisera 80, gdzie reduktor był „LO” do przodu a „HI” do tyłu – zupełnie odwrotnie niż w 70-tce. Widocznie zapomniał powiedzieć o tym nowemu nabywcy, od którego w końcu Toykę odkupiłem ja. I tutaj zacząłem rozumieć skąd ten mój talent do negocjacji i urwane 30%… Chociaż raz w życiu trafiłem okazję! Skubnąłem frajera! Yeah! Co za traf! Na pohybel handlarzom!!!
Dalszy ciąg w dużym skrócie ujmę tak:

po przeróbkach ofrołdowych poprzedniego właściciela czyli m.in. po zdemontowaniu oryginalnego tylnego zderzaka – instalacja elektryczna tylnych świateł została sklejona na biurową taśmą klejącą. Przy hamowaniu świecił tylko prawy stop, a lewym migaczem była pozycja i stop

zaciski z przodu i tylne bębny hamulcowe pomalowane na czerwono – stawiam, że chciał odzyskać kilka koni i rozpędzać się do 70 km/h

przy wstawianiu „ile fabryka dała” po chwili krztusił się i zdychał – filtr paliwa pełen wody, powietrza – kompletnie niedrożny z gruzem w puszce

z pompy wtryskowej lało się jak z wiadra – szczęście, że to nie Pajero – naprawa zamknęła się w 1000

Radio, które mam zamontowane łyknęło płytę i nie chce jej oddać, panel jest przyklejony na stałe. Jeżdżę od grudnia słuchając ostatniej płyty Staszewskiego – „Wstyd”

obowiązkowa wymiana oleju w skrzyni, silniku i mostach kosztowała blisko 700 a z przedniego mostu wylazła ruda piana i wypadł ząbek – na pamiątkę.

krzywo ustawiona kierownica okazała się efektem krzywego drążka kierowniczego

brak amortyzatora skrętu – uzupełniłem chińczykiem za 300 zł – wystarczyło na miesiąc, oryginał Toyoty kosztuje 1790 zł – jeszcze się z tym nie pogodziłem

zamek da się otworzyć kluczykiem tylko w drzwiach kierowcy, centralnego nie ma

przy wbiciu hamulca w podłogę koła blokują się a auto ustawia się w dryf prawym bokiem do kierunku jazdy

brakująca tapicerka drzwi kierowcy okazała się warta tyle złota ile sama waży

ostatnio podczas jazdy niż tego ni z owego złapał mi hamulec lewego przedniego koła. Rozsypało się łożysko. Na dzień dzisiejszy samochód stoi już dwa tygodnie w warsztacie i mechanior drapie się w głowę czym odkręcić nakrętkę rozmiaru 50 w miejscu, gdzie nasadka nie wchodzi

przy okazji sprawdzania hamulców okazało się, że cylinderki w bębnach siurają płynem, a szczęki się skończyły. Szczęki, bo po okładzinach nie ma już śladu.

wydawało mi się, że bak ma pojemność 55 litrów, obliczyłem spalanie na poziomie 10,5 l/100km – po jakimś czasie doczytałem w instrukcji, że bak ma pojemność 90 litrów… Spalanie przestało mnie interesować.

Miał to być samochód do wożenia dzieci do przedszkola… Na tylne siedzenie nosidełko dla dziecka (0 – 9 kg) wchodzi tylko bokiem, a pas do jego zapięcia wystarcza na styk jeśli wgnieciesz nosidełko w fotel całym ciężarem ciała. Fotelik starszego mieści się bez problemu, ale dostanie się tam i zapięcie pasów dziecku to robota dla cyrkowego akrobaty. Miał to być samochód na zakupy… W „bagażniku” jest miejsce się dwie zgrzewki wody mineralnej…. Na ryby nie mam już czasu bo mam małe dzieci, na grzybach jeszcze nie byłem – jest nadzieja, że tu się sprawdzi…

Toyota była zaniedbana – to prawda. Ale wierzę, że w końcu wyjdzie na prostą. Dzieci kiedyś podrosną i same nauczą się zapinać swoje pasy. Może będą ze mną jeździć na ryby i grzyby, do lasu na biwaki i na rajdy terenowe wokół komina, a zamiast do hipermarketu kopsniemy się spacerkiem na drobne zakupy do osiedlowego sklepu – zawsze to oszczędność na paliwie ;). Na razie przemęczę się z transportem dzieci, zakupami wrzucanymi jak leci, byle się zmieściły. Idzie wiosna – jak już wymienią łożyska i poskładają hamulce – będę sobie przed jazdą uchylał lewe tylne okienko żeby lepiej słyszeć jak mi wesoło pogwizduje turbinka przez wydech, córka będzie jeździć w foteliku na przednim siedzeniu, wygodnie opierać butki na „schowniku”, puszczać bańki mydlane zostawiające na szybach brzydkie plamy i niecierpliwie czekać aż ze światła „pomidorowego” zrobi się „łodygowe” :) Czy to możliwe, że będę wiązał z tym żużlem jedne z lepszych w życiu wspomnień?

20161211_142523

6. Wojciech S
12 lat temu. Świeże prawko. Pomysł: pierwszy samochód. Chciałem mieć, ale nic, a to nic na samochodach się nie znałem. Myślałem trochę o sejczento, w sumie nie wiedziałem czemu sejczento, ale podobała mi się tam półka od strony pasażera. Taki plastikowy łuk. Ale szwagier, co ma ojca mechanika Rycha to mówi golf w dizlu” i golf w dizlu. OK. To on się zna, nie ja. Jedziemy na giełdę samochodową. Pieniążki schowane w woreczku, woreczek na gumce, gumka przywiązana
do paska, woreczek dynda w majtach, bo na giełdzie kradnom.
Od razu wpadła mi w oko Toyota starlet, taka mała, tania, ładna, czerwona, w gazie. Tak sobie stała od razu w pierwszej alejce na początku i się tak ładnie do mnie uśmiechała. Ale szwagier mówi, że japońce się ciężko naprawia a elpegie to kał i bierz golfa w dizlu. OK. W końcu to on spawał malczaki przy ojcu od dziesiątego roku życia, a nie ja. Na giełdzie volkswagenów nasrane jak od muchów na obrazku Jaśnie Pana. Po godzinie oglądania golfów i pasatów szwagier pokazuje tego
bierz: zielony golf III 1,9 bez turbiny. No tak sobie chodzę drepczę dookoła tego golfa, tak coś do szwagra zagaduję, ale widzę, że on już postanowił, już kupił tego golfa i odpowiada monosylabami w trybie dokonanym. A handlarz, młody chłopak spod kurwa Olecka, się odmulił i dawaj, że dopiero co od Niemca, co płakał, że igła, że 198000 przebiegu (faktycznie na zegarze równiutko), że dobry kolor, brudu nie widać, silnik nie do zajebania, paka duża, bak duży. Szwagier?
;Bierzesz. Wsiadam, no w sumie może być, na lusterku różaniec, daszki za to oblepione jakimiś arabskimi ślaczkami. Handlarz szybkość reakcji milion. To po Niemcu, to po niemiecku musi być. Kupuję to. Głupek. Przecież miałem na studiach niemiecki. No ale trzeba się przejecha. No nie zauważyłem, że ten golf to tak na takiej górce trochę stał, minimalnej. Wystarczyło, że handlarz tylko go trochę pchnął do tyłu i zapalił na wstecznym. Czarna chmura.
Patrzę na szwagra. Nic, zero stresu. „Widocznie golfy tak mają i to jakoś naturalne tak. Na pych. Czarna chmura. I takie tam pomyślało mi się w środku. Momentalnie za golfem pojawiła się od tej czarnej chmury czarna plama, tak metr na metr. No trzeba jechać bo jeszcze coś się zapali czy co.
To chyba oczywiste, że prowadził szwagier. No dał mu w palnik, nie powiem. Handlarz od razu radyjko na fula, oczywiście dance techno. JEBJEBJEBJEBJEBJEBJEB. No głośniczki to miał wstawione mocne. Silnik i tak wył tak, że zagłuszał całe to klekotanie zaworów, walenie wybitych amorów, skrzypienie plastików, zgrzytanie metalu o metal, rąbanie klapy, jęczenie łożysk i piszczenie pasków.
I masz jeszcze kurwa alusy z tyłu! Na slikach! Gratis Drze mi się handlarz do ucha. Alusy? Sliki? Nic to mi nie mówi, ale to chyba dobrze te alusy i sliki. OK. Postanowione. Umowa już wypełniona, na umowie jakiś Kazimierz z warmińsko-mazurskiego, rocznik 55. A to mój kumpel, noge ma choro i mi dał sprzedać. Spoko, rozumiem, są takie sytuacje, że pomaga się kumplom.
Wyjeżdżałem z giełdy w sznurze golfów i pasatów, w kłębach czarnego dymu, w klekocie kilkudziesięciu dizlów. A starletka, co mi wpadła w oko na samym początku, tak sobie stała dalej, na pustawym już placu i dalej się do mnie uśmiechała. Tak jakoś smutno.

Golf zepsuł się po raz pierwszy 100 metrów za wyjazdem z giełdy. Miałem go półtora roku. Pięć razy zepsuł się silnik, raz dlatego, bo któryś z kolejnych magików zasilikonował kanały olejowe. Ten fachowiec, który w końcu ogarnął silnik spierdolił hamulce. I od tej pory hamowało jedno przednie koło. Mechanik, któremu to dałem do naprawy zapłacił mi 20 zł, żebym się od niego odpierdolił z tymi hamulcami. Podczas ulewy wpakowałem się w tył jakiegoś hjundaja. Maskę i pas przedni wyklepałem w
kuchni młotkiem do mięsa. Zdziwienie, ale dobrze wyszło, że nie poznasz. Trzy razy rozrusznik. Alternator raz. Zawieszenie wybite, nawet tego tematu nie drążyłem. Jak było wilgotno, to elektryka sobie mrugała jak chciała. Raz wyprzedzałem tira. Byłem młody, chciałem żyć, więc od tej pory nie wyprzedzałem nawet traktorów. Załączniki na eskape. Ojciec brał dowód rejestracyjny i ze mną jechał, bo dla takiego szczyla, co nie poznają, mówił, nie podbiją. Te sliki dałem na przód. Wincyj mocy mówili.
Nie. Dlatego były sliki z tyłu, bo normalne opony się nie mieściły w tylnych nadkolach.
Wydech się skończył, sprzęgło śmierdzi, trójka nie wchodzi, da rady bez trójki, zbieżność? eee już i tak od środka opona wyjeżdżona, wspomaganie pociekło, chłodnica wybuchła. Panie rolniku przy krajowej ósemce daj pan wody ze studni bo mi uciekła z chłodnicy. Dać to ja mogę w mordę, dać. He, he. Przy nidzieli to dziesięć złoty. Panie władzo co nie podbite, jak podbite, jak to kierunków nie ma. To żaróweczki, przysięgam. Puuuuuści pan, no zrobie, zrobie…

Ponad rok twardej szkoły życia.

Tego golfa sprzedałem jakiemuś Czeczeńcowi. Typek wkliknął Kup Teraz na Allegro. Serio. Pamiętam, że jak ten biedny człowiek przyjechał odebrać, to dupą zasłaniałem jak mogłem klapkę paliwa co wygniła i odpadła, a ja ją drutem, drutem! Czeczeniec później dzwonił wielokrotnie. Ale udawałem, że po rusku niepanimaju i się prawie odczepił. Przyjechali ci Czeczeńcy do ojca (bo to on w papierach był, bo zniżka OC), we trzech, ale pogluglali, pogluglali po swojemu i odpuścili. No
ojciec to był raczej na mnie zły za to. Później mniej więcej co miesiąc jakiś Czeczeniec, za każdym razem inny, rozbijał się tym golfem, bo oczywiście nieprzerejestrowali i nie zmienili OC. A papiery z ubezpieczalni przychodziły… Z końcu ci Czeczeńcy rozbili się chyba po raz definitywny i temat golfa III 1,9 w dizlu odszedł na zawsze. Koniec.

7. Michał Ł
Z przyjemnością przyznam się do błędu, jakim był zakup Opla Rekorda E1 w wersji Lieferwagen (3 drzwiowe kombi z blachami zamiast szyb z tyłu – taki typowy furgon z tamtych lat). Ogłoszenie o sprzedaży tego złomu ujrzałem po raz pierwszy na tablicy w roku 2013 (a może to był już olx?). Stwierdziłem, że to idealny samochód dla mnie – nie mam w planach bachorów, zazwyczaj jeżdżę sam albo z dziewczyną i kocham 3-drzwiowe kombi. Poza tym uznałem że wygląda bezczelnie i skurwysyńsko. Dodatkowym atutem był fakt wyśmiania tego auta przez komentujących po tym, gdy Złomnik umieścił na facebookowym profilu link do ogłoszenia.
Tak więc pozbyłem się motocykla (i tak robiło się chłodno) i udałem się po wymarzonego strupa. Myślę se – fajnie będzie, taki prawdziwy samochód starej daty. Silnik na łańcuchu, sztywny most, porządne materiały wnętrza i w ogóle. Czarne blachy i pierwszy właściciel w Polsce od 1991 roku. Wprawdzie nigdy nie posiadałem auta nowszego niż 1993 (a miałem ich prawie 20), ale ten zabytek wydał mi się czymś innym niż reszta moich samochodów. Wystawiający – syn właściciela przesłał mi całkiem obiecujące fotki. Opel dawno temu przeszedł remont blacharski, czyt. pospawanie elektrodą progów i kielichów z naprawdę grubej blachy. Śmiejcie się lub nie – ta naprawa naprawdę wytrzymała jakieś 20 lat i nie było śladu korozji. Farfocle ze spawania zalali minią (tą prawdziwą) i jakoś to się trzymało. Wygląd miałem gdzieś, i tak nie zamierzałem w niego zbytnio ingerować. Wracając do tematu – zajechałem na umówiony parking i ujrzałem obiekt moich marzeń – starą, matową trumnę na balonowych oponach. Po zrobieniu kółka na parkingu ustaliłem możliwie najmniej bolesną cenę i nabyłem to cudo.
Już na wyjeździe z parkingu pojawiły się pierwsze problemy. „Wiskoza” utoczona z kawałka drewna i skręcona na śruby przyblokowała się i poszedł dym z paska. Poza tym zalałem silnik przy odpalaniu, bo zapomniałem, że to Varajet II i nie należy wciskać gazu podczas kręcenia pomimo braku ręcznego ssania. No ale byłem tak podniecony, że nie myślałem. Po pokonaniu tych drobnych przeciwności (przegazowałem go tak że pasek się odblokował) ruszyłem w drogę powrotną, z tatusiem jadącym za mną z duszą na ramieniu. Kierując się swoim typowym tokiem myślenia – jedzie, więc działa – urwałem się mu po dwudziestu kilometrach jadąc tetrisem przez Radom a później pędząc przez lasy z prędkościami rzędu 140 km/h. Dopiero w domu okazało się, że przekładnia kierownicza całkowicie odgniła od podłużnicy i trzymała się tylko na pasku rdzy grubości 0,2 mm. No ale chcącemu nie dzieje się krzywda. Postawiłem Rekorda pod wiatą i rozpocząłem żmudny okres poszukiwania części.
Spędziłem na tym pół roku – jeżdżenie po hurtowniach, byłych właścicielach, wysłuchiwanie opowieści, targowanie się itd. Moje założenie było proste – zostawiam wygląd, z jakim go zastałem i doprowadzam do mechanicznej perfekcji. Jedyną moją ingerencją w marną aparycję Rekorda było wymalowanie sprejem tandetnej błyskawicy na masce, co jak dla mnie idealnie dopełniało obrazu nędzy i rozpaczy. Wymieniłem most na cichszy, zrobiłem kompletne zawieszenie, głowicę, panewki, wszystkie uszczelnienia, łożyska, układ zapłonowy, płyny, oleje – dosłownie wszystko. W zapasie miałem górę gaźników, przełączniczków, zbiorników, aparatów zapłonowych, alternatorów i innych rzeczy które mogą się przydać. Wydawać by się mogło, że wszystko, nie? Taki chuj.
Po pół roku beztroskiego użytkowania i próby pogodzenia się ze spalaniem 14 litrów na sto, dojrzałem do decyzji założenia LPG. Nigdy nie potępiałem tej formy oszczędności, nie uważam tego paliwa za gorsze, więc nie widziałem w tym nic złego. Jak się okazało – największym wrogiem Opla nie był gaz, a gazownik. Pojechałem do warsztatu poleconego przez znajomego, gdzie zastałem bardzo sympatycznego i ogarniętego szefa oraz pracownika – skurwysyna i gbura. Oczywiście gaz w Oplu zakładał ten drugi. Po wysłuchaniu litanii, jaką głupotą jest montaż instalacji w takim starym strupie oraz, że jest na pewno tak zgniły, że nie będzie jak przyczepić zaworu, zostawiłem im Rekorda do roboty. Przy odbiorze nasłuchałem się wrzasków, jaki ja jestem kłopotliwy, że zażądałem 70-litrowego cylindra w poprzek za przednimi fotelami zamiast buteleczkę w koło jak rasowy dziad. No ale że ja nie lubię jak zapasówka napierdala mi po całej ładowni jak jadę i nie uśmiecha mi się widok skroplonej wody w miejscu na koło zapasowe, to wyłożyłem chuja na żale pana pracownika i po uiszczeniu opłaty odjechałem bez żalu. Jak się okazało, miałem tam wrócić jeszcze wiele razy i za każdym razem byłem przyjmowany jeszcze milej. Rekord zachowywał się dziwnie – nie jechał, strzelał z wydechu i szarpał przy przyspieszaniu. Stwierdziłem, że nie będę regulował instalacji, skoro należy mi się to w ramach gwarancji i udałem się ze swym roszczeniem do pana gazownika. O ile przez telefon pan szef zachowywał się bardzo miło i profesjonalnie, o tyle na miejscu każdorazowo spotykałem obrażonego na cały świat pana pracownika który witał mnie obliczem z wypisanym bardzo rozbudowanym grymasem obrzydzenia. Regulacji było wiele i nie będę ich opisywał, bo to bezcelowe. Ostatecznie końcową regulację wykonałem sam i przy okazji wróciłem sobie ogrzewanie wywalając te pedalskie trójniki i montując cały układ chłodzenia szeregowo.
Skoro mam już tyle za sobą, to już nic złego mi się nie może przytrafić, nie? No jasne. Pojechałem sobie Oplem na torowy event dla klasyków – już ja pokażę tym pedałom z warszawki w wypucowanych mesiach i pryszczatym gnojom w civicach i E36! Tylko prawdziwa motoryzacja dla prawdziwych mężczyzn! Jak się okazało, moje pojawienie się wywołało ciekawy odzew – jeszcze nigdy podczas mojego udziału (a zawsze jeździłem nietypowymi klasykami) nie podeszło do mnie tylu fajnych gości. Podśmiewali się tylko poważni wyścigowcy w kombinezonach, no ale mnie na taki kombinezon nie stać, więc pewnie mieli prawo. Poza tym byłem bardzo szczęśliwy, że w generalce zabrakło mi tylko sekundy do równolegle produkowanej Celiki 2.0! Chociaż pewnie kierowca miał 3 lata, albo był sparaliżowany od pasa w dół. Po udanym dniu wracałem wesół do domu, gdy nagle 3 kilometry przed celem Rekord zaczął szarpać i zgasł. Po wielu próbach diagnozy (to nie była wina paliwa), przestawiłem zapłon i udało się odpalić i wrócić do domu. To był początek końca.
Przez 3 miesiące jeździłem po „mechanikach” załamujących ręce (panie, kiedy ja takiego ostatnio widziałem!) i wydałem prawie 2 tysiące na idiotyczne diagnozy, co też mogło się stać. Sam nie miałem pomysłu, tatuś też załamywał ręce. Skurwysyn pracował na 3 cylindry i chuj, masz chamie i się zastanawiaj. Prąd? Paliwo? Nie. Kompresja? Jak w nowym Rekordzie (nigdy nie była zbyt imponująca, bo w tych autach nie było uszczelniaczy zaworowych). Zapłon? Nie. Wymieniłem nawet gaźnik, montując z płaczem nowiutkiego Varajeta, którego obiecałem sobie nie ruszać. Wreszcie powiedziałem dość. Dość, zanim wydam ostatnie grosze ze swoich wątłych oszczędności. Wystawiłem Rekorda na sprzedaż i pogoniłem za psie pieniądze handlarzowi. Odjechał, pyrkocząc na trzech cylindrach, pozostawiając mnie z marnymi pieniędzmi i mieszanymi uczuciami odnośnie sensu życia. Sądził, że wyrwał unikat jedyny taki zobacz i sprzeda z dziesięciokrotną przebitką. Och, jakże się mylił…
Przez kolejne 4 miesiące miałem masę fajnych, motoryzacyjnych doświadczeń. Miałem zgniłego Forda Explorera I z manualem i napędem na ośkę, Forda Oriona I z dieslem 1.6 produkcji Deutza, Malucha Eleganta do jeżdżenia do pracy, wreszcie dorwałem swoje wymarzone Tipo, które obserwowałem od 3 lat pod blokiem swojej dziewczyny – zmarł właściciel – starszy pan i postanowiłem nie marnować tej okazji zesłanej przez przekorny los. Odbijałem sobie te zgryzoty spowodowane przez Rekorda i reperowałem nadwątlony budżet ciesząc się bezawaryjnością moich kolejnych nabytków. Sielankę przerwał niespodziewany telefon.
– Panie, pan mi tego rekorda sprzedałeś, nie chcesz go pan?
– Nie, nie jestem zainteresowany, mam już inny stary samochód.
– Okej, ale my go nie możemy sprzedać to może dasz pan jakiś rower w rozliczeniu no powiedzmy jakieś (tu podaje kwotę o 100 zł niższą niż otrzymałem za Opla) zł?
– Nie, nie mam teraz pieniędzy.
– Okej nara

Sytuacja powtórzyła się dwukrotnie. Zrozpaczony handlarz dzwonił za każdym razem obniżając cenę o kolejne 30%, a ja odmawiałem. Za trzecim razem coś we mnie pękło. Moja kretyńska słaba natura spowodowała, że zrobiło mi się żal tej złośliwej kupy złomu, której nikt nie chce. Ostatecznie tak zdobywałem wiele swoich strupów – wyciągałem niechciane, przeznaczone na żyletki samochody i dawałem drugie życie. Bo tak. Bo mam dość patrzenia jak wieśniaki pakują grube tysiące w jakieś spedalone mercedesy, syrenki czy amerykańce. Bo tego jest za dużo, a ludzi takich jak ja za mało. Bo ktoś musi ratować te paskudne, niepopularne graty. Bo polactwo boi się nietypowych, niespotykanych modeli. Bo to się nie sprzeda, bo do tego nie ma części. Mnie to nigdy nie powstrzymało, bo walczę ze swoim wewnętrznym polakiem rękami i nogami. Ostatecznie przystałem na cenę odpowiadającą 20% pierwotnej kwoty i obiecałem zapłakanemu handlarzowi, że oddam mu swoją starą kolarkę i japoński wzmacniacz ze spalonym jednym kanałem. Do dziś nie wiem, po co mu te śmieci. Umówiłem się w rodzinnym mieście, bo tam też planowałem trzymać Rekorda – na co dzień mieszkam w bloku i nie mam gdzie robić samochodów. Nie żebym bał się, że ktoś go ukradnie, bo ludzie na jego widok przechodzili zazwyczaj na drugą stronę, co za każdym razem robiło mi dzień. I tak pewnego wiosennego wieczoru kupa złomu wróciła na moje podwórko. Dziewczyna mnie nienawidziła, a ja znów stałem się nędzarzem z mieszanymi uczuciami.
Tym razem podszedłem do sprawy na chłodno. Porozmawiałem z ojcem, który zagadał do kolegi z czasów liceum. Ów kolega podsunął mi pomysł – a może rozrząd? Wałek, popychacze? Sprawdzałeś? Myślę sobie – nie, niemożliwe, silnik był robiony, co prawda rozrządu nie ruszałem, bo wyglądał ładnie, no ale…? Oddałem samochód koledze ojca. Dzień później zadzwonił ze śmiechem, mówiąc, że musimy coś zobaczyć. Zrezygnowany przyjechałem (w swoich zapasach miałem fabrycznie nowy wałek rozrządu, na to też byłem przygotowany) i przywitałem się z dumnym panem mechanikiem dzierżącym HYDRAULICZNY POPYCHACZ. Popychacz, który się przyblokował i rozklepał na śliczną miseczkę. To metalowe gówno było przyczyną moich zgryzot przez ostatni rok. Tłumiąc drgawki podziękowałem panu i poszedłem do domu zamówić popychacze. Ten rozklepany noszę ze sobą do dziś. Po kolejnym telefonie pełnym dumy pojechałem już po gotowego Rekorda. Pracował jakby wczoraj wyjechał z fabryki w Russelsheim. Po jeździe próbnej podziękowałem panu z całego serca, w duchu życząc bolesnej śmierci wszystkim poprzednim mechanikom i wróciłem na weekend do rodzinnego domu, by odstresować się oglądając stare pościgi samochodowe i pijąc kawę.

KONIEC

A gówno. Nadeszła niedziela. Myślę sobie – pojadę jak pan, Rekordem, niech widzą. Wieczorem spakowałem plecak, bo musiałem wstać w poniedziałek na piątą rano, pożegnałem rodziców i ruszyłem swoim wehikułem w kolejną, przeprosinową podróż. Po trzech kilometrach zapaliło się ładowanie. Czułem, jak głowa rośnie mi do rozmiarów arbuza. Ostrożnie zawróciłem i ociekając potem dojechałem na postojówkach do domu.
Rodzice właśnie oglądali film przed snem, kiedy ich niepokój wzbudziły głuche odgłosy przerywane niecenzuralnymi wrzaskami. Dźwięki dobiegały z ich własnego podwórka. Tata wybiegający z domu ujrzał niecodzienny widok. Jego najstarsza latorośl, ciskając najbardziej wyszukanymi przekleństwami, podskakiwała z siną twarzą i rozwianym włosem wokół starego, czerwonego samochodu kopiąc go i obrzucając kawałkami drewna. Nie zrobiło to na nim większego wrażenia (jak większość sytuacji, z którymi się spotyka) i z zamyślonym obliczem czekał, aż się zmęczę. Następnie, nie obawiając się już ewentualnego rykoszetu, podszedł i spytał:
 – Co się popsuło?
W zamian otrzymał wyjątkowo rozbudowany i przepleciony bluźnierstwami opis zapalenia się czerwonej kontrolki z wizerunkiem akumulatora. Następnie przestrzegł, by nie zachowywać się jak dewiant i zaproponował powrót do mieszkania moim drugim autem. Głęboko wstrząśnięty i zmieszany przystałem bez słowa na propozycję. Tata nie omieszkał na odchodne podjąć próby wzbudzenia we mnie wyrzutów sumienia, mrucząc pod nosem:
 – Oj, dołki się zrobiły…
Powstrzymałem się od odpowiedzi, której mógłbym później żałować i udałem się w mocno spóźnioną podróż do swojego drugiego domu.
Na drugi dzień po pracy spostrzegłem nieodebrane połączenie od ojca. Bałem się oddzwonić. Bałem się że spieprzył się alternator albo coś innego. Wiem, że to są pierdoły, ale po wymianie popychaczy obiecałem sobie, że nie włożę kasy w nic, co już robiłem. A alternator był po regeneracji, inne elementy układu elektrycznego były nowe. Wiedząc, że nie ucieknę przed tym, oddzwoniłem.

 – He he, naprawiłem Rekorda.
– Tato, nie rób sobie jaj, jestem psychicznym wrakiem. Powiedz co się stało.
 – Ja zawsze mówiłem, że jak ktoś zachowuje się w ten sposób, to nie powinien obsługiwać pojazdów mechanicznych.
– *przekleństwa* CO SIĘ STAŁO
 – Spadł kabel z alternatora.

Tak oto podjąłem decyzję o ponownej sprzedaży. Pojeździłem Rekordem jeszcze dwa-trzy miesiące, przyniósł mi sporo radości i nieraz przydał się, wożąc coś większego. Zrozumiałem jednak jedno – po takich przejściach z tym samochodem nie będę umiał na chłodno podejść do najdrobniejszych awarii. Miałem w życiu same auta o charakterze zabytkowym (powyżej 25 lat). Nie uznaję nowszych, nie podoba mi się ich dźwięk, wygląd, trwałość, poziom skomplikowania. Zdarzało mi się co tydzień naprawiać inną pierdołę w tym samym aucie. Nigdy jednak po kapitalnym remoncie. Używam swoich klasyków na co dzień, bo po to są. Nie po to, by jak jakiś bogaty łach postawić pod kocem i masturbować się myślą ile kosztowała renowacja albo jak ładnie się błyszczy. Po to, by każda przejażdżka była dla mnie podróżą w czasie do epoki, której nie pamiętam. By rozkoszować się dźwiękiem nawet najbardziej prymitywnego, topornego silnika. Zapachem kurzu i benzyny, spalin nie przecedzonych przez katalizator. Jako człowiek używający klasyków na co dzień od siedmiu lat mam pełną świadomość tego, że to są stare auta. Że się psują. Że to normalne. A jednak żaden, nawet najbardziej wymyślny z moich samochodów nie napsuł mi tyle krwi co Rekord. Może powoli się wypalam, może mam dosyć. Nie wiem. Może dlatego, że wykreowałem sobie obraz swojego własnego samochodu, który jest potężny, prosty i bezawaryjny. Wiem, że da się to osiągnąć, że poziom technologiczny samochodów z lat 80. pozwala im po trzydziestu latach nadal działać i zaskakiwać ich użytkowników. Szczególnie po remoncie i przy odpowiednim traktowaniu. Myślę, że kasa włożona w remont zaślepiła mnie i uważałem że nic już nie ma prawa się stać. Za bardzo polegałem na Rekordzie. Miałem też po prostu pecha. Czynnik mojego charakteru nie pozostaje bez znaczenia, ale zdarzały mi się już gorsze awarie. Tak, wiem – ludzie potrafią latami cierpliwie dłubać przy klasykach. Pakują kilkadziesiąt razy większe sumy, niż ja. Ale ja nie zawsze miałem drugie auto. Zarabiam niewiele ponad minimalną i jestem szczęśliwy, że mimo tego potrafię coś odłożyć na realizowanie swoich motoryzacyjnych marzeń. Hobbysta podłubie trochę, po czym wsiądzie do nowego samochodu który sprzeda za dwa lata i kupi nowy. Ja używałem swojego obiektu zainteresowań na co dzień i może dlatego tak mi obrzydł. Często Rekord był moim jedynym samochodem, musiałem mieć pewność, że będzie działał. I działał, na dobrą sprawę – nigdy nie był holowany, zawsze dowoził mnie do celu, nieważne na ilu cylindrach i czy miał ładowanie. Dlatego nie mam do niego żalu, choć potępiam swój wybór – mimo że nie mogłem wiedzieć, jak się skończy. Ludzie zawodzą, samochody też – zawsze wolałem te drugie, bo można je naprawić, a zezłomowanie nie wiąże się z żadnymi konsekwencjami prawnymi. Zresztą, nadal jeżdżę na co dzień autami z lat 80. i stan ten w najbliższym czasie nie ulegnie zmianie. Zaś Rekord poszedł do uroczej pary maniaków dziwnych klasyków. Sprzedałem im go za bardzo uczciwą cenę wraz z całym wagonem części, które tak zapamiętale zbierałem. Wiedziałem, że na pewno będą mieli do niego większą cierpliwość niż ja… Jeżdżą Oltcitem.

20151003-_DSC0530

KONIEC (serio)

8. Jędrzej
Gdy nie mogąc uzbierać na buty jesteś zmuszony kupić samochód…

Był styczeń 2005 roku. Po zakończeniu studiów wraz z kolegami odbębniliśmy rok emerytury zajmując się bumelanctwem, utrzymując z grania na ulicy i z okazjonalnych zleceń. Już wtedy przewidzieliśmy, że na upragnione życie na ZUS-owskiej emeryturze raczej nie mamy co w przyszłości liczyć, więc wzięliśmy sprawy w swoje ręce i postanowiliśmy najpierw iść na emeryturę, a potem do pracy. Po kilkunastu miesiącach ciężkiego-lekkiego życia zacząłem wbijać się z dużymi trudnościami w rynek pracy. Wprawdzie od grudnia posiadałem umowę o pracę (WYMIAR CZASU PRACY – 1/10 WYMIARU CZASU PRACY), jednak było to o wiele za mało by się utrzymać. Jak na złość pękła mi podeszwa i od kilkunastu tygodni próbowałem uzbierać na parę butów. Bez skutku. Wciąż było mnie stać tylko na jeden. Jakże byłem szczęśliwy, gdy zaproponowano mi dwie godziny tygodniowo nieźle płatnej pracy! Niestety były przeszkody… Miejsce pracy to wioska oddalona o 37 kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. Transport publiczny – zapomnij, we wiosce kończy się asfalt, a bociany zawracają. Jedyne wyjście to własny samochód. I tutaj muszę się przyznać, że auto miałem. Tak, jako student-emeryt, bumelant i muzykant posiadałem… Samochód. Tyle, że istota słowa samochód nie odzwierciedlała jego cech. Chód od dawna nie był jego domeną, natomiast w staniu był mistrzem. Stał tak pięknie, że do dziś widzę go zaparkowanego na blokowisku jako zjawę, zawsze kątem oka, nigdy wprost. Stał zresztą tak samo pięknie jak wcześniej moje poprzednie samochody, których wizje nawiedzają mnie zawsze gdy przechodzę ulicami rodzinnego miasta. Stał tak dostojnie, że żal go było stamtąd ruszać. Był to stary Ford Transit – świniak. Nie jeździł od ponad roku, stał pod blokiem moich rodziców w oddalonym o 160 kilometrów miasteczku. Cóż, na naprawę nie było mnie stać (nawet dojazd do miejsca postoju by mnie zrujnował i pochłonął oszczędności na buty). Za pośrednictwem portalu aukcyjnego znalazłem chętnego do zamiany, za Sowitą Dopłatą, na granatowego Volkswagena Polo w wersji kombi, z litrowym silniczkiem na gaz LPG. Rok produkcji podobno 1988, ale składak 1992. Lakier trochę się miejscami łuszczył, trochę poobijany, coś klepie w silniku, szarpie na gazie, ale jedzie! Zresztą nie da się kupić nic lepszego za te pieniądze, w każdym trzeba coś zrobić, czasu nie ma, deszcz pada, nawet nie obejrzałem dokładnie auta i łyknąłem wszystkie historyjki handlarza mając w głowie jedną myśl: TANIA JAZDA. Biorę! Pozbyłem się za to kłopotu w postaci Forda, uszczupliłem niestety instrumentarium, ale miałem auto które jeździło. Oczywiście wciąż chodziłem z pękniętą podeszwą. Po dokładniejszych oględzinach okazało się, że Polo jest przeszczepem jakich mało. Najciekawszy element dokumentacji to faktura za wymianę ściany grodziowej usprawiedliwiająca przynitowaną do niej zastępczą tabliczkę z numerami nadwozia. Auto było najprawdopodobniej dużo starsze niż deklarował handlarz, co wywróżono ze stanu ogólnego zużycia oraz typu silnika. Auto było bite z każdej strony, ale najbardziej chyba w lewy bok – po uniesieniu tylnych siedzisk ukazało się wgniecenie podłogi sięgające połowy szerokości samochodu. Lewy słupek środkowy i próg trzymały się na słowo honoru. Jakość napraw blacharsko-lakierniczych sugerowała, że były właściciel dokonał ich ze szwagrem w piwnicy przy świetle latarki na płaską baterię. Nie próbowałem nawet dociekać z ilu egzemplarzy składa się mój nabytek i mimo świadomości, że powinien od dawna stać w kolejce do hutniczego pieca, eksploatowałem go z entuzjazmem. Bo jeździł. Opony były w opłakanym stanie, pokryte siatką pęknięć i niewielką ilością bieżnika, z przodu za małe, chyba od cinquecento. Oczywiście letnie, mimo srogiej zimy jaka tamtego roku nas nawiedziła. Zresztą zimówki to była wtedy fanaberia dla tych co mieli za dużo pieniędzy. Otwarcie drzwi z powodu zamarzniętych klamek wymagało pewnej dozy szczęścia, a akumulator musiał nocować w domu i ładować się przez całą noc by rano uruchomić silnik. Światła działały według własnego uznania, dmuchawa tylko na drugim biegu, a radio padało już po kilku tygodniach. Gdzie by nie zajrzeć – groza, ale siła woli wielka. Jeździł. Wrażenia z jazdy były niemożliwe do porównania z czymkolwiek innym. Celowanie w zakręt, zwłaszcza na nierównej nawierzchni lub koleinach było loterią. Nigdy nie było wiadomo jaką trajektorię pojazd obierze na wyjściu z łuku. Silnik szarpał na LPG, więc podczas przyspieszania trzeba było naciskać na centralce gazu przycisk pompki rozruchowej. Raz podczas zjazdu ze skrzyżowania wbiłem dwójkę i… tak już zostało. Przerdzewiała rurka łącząca wajchę ze skrzynią biegów nie wytrzymała próby czasu. Mechanik, pan Bogdan, potrafił naprawiać auta szybko i nie generując zbędnych kosztów – niczym Cytryn. Dobrał grubszą rurkę, powiercił, połączył pęknięte części, skręcił na śruby, – Jechać! Zbyt duża średnica rurki od pana Bogdana i luzy na śrubach utworzyły w tym miejscu swoisty przegub, więc szukanie biegów odbywało się prawie po całej kabinie. Najbardziej idiotyczną inwestycją, wymuszoną przez diagnostę na przeglądzie był komplet nowiutkich amortyzatorów. Kosztowały mnie majątek (musiałem się zapożyczyć), Bogdan śmiał się: – nowe do takiego ałta?? – z kurwy dziewicy i tak nie zrobisz! Miał rację. Zmian w charakterystyce zawieszenia nie wytrzymał lewy próg i złamał się poniżej słupka B. Kto by się tym przejął, w końcu Volkswageny słyną z tego, że nie trzeba ich naprawiać, a one i tak jeżdżą. Później robione było już tylko to, co niezbędne „żeby latał”. Stukający, wyszczerbiony wałek rozrządu pan Bogdan wymienił na zdobyty na złomie, tak samo jak prawy wahacz. Instalacji gazowej nigdy nie udało się wyregulować, bo była zużyta na śmierć tak jak i silnik, ale umiałem tym jakoś jeździć. Przyzwyczaiłem się. Opon też nigdy nie wymieniłem, choć chciałem, ale nigdy nie mogłem na nie uzbierać, bo w końcu buty miały pierwszeństwo.

***

Pojazd służył mi dwa i pół roku. W tym czasie pokonał 25 000 kilometrów, zawsze dojeżdżając do celu. Wydaje się oczywiste, że Polo zakończyło żywot na złomie. Prawdopodobnie tak, ale ja go tam nie posłałem. Ja je SPRZEDAŁEM za PIENIĄDZE i ktoś nim dalej JEŹDZIŁ.

Co jest najbardziej głupie w tej historii? To, że jest prawdziwa i że wydarzyła się nie tak dawno temu. Takie były realia rynku samochodów używanych, ale już o tym zapomnieliśmy. Z dzisiejszej perspektywy głupie w owej historii jest również to, że za tego trupa oddałem Transita (po remoncie blacharskim, który po prostu nie zapalał, wymagał ogarnięcia i paru nieosiągalnych wtedy części), samplera yamahy nie wspomnę. Zaskakuje z kolei fakt, że pod presją czasu i mizernej wydolności finansowej udało się wtedy kupić auto, które mimo że było złomem, przez długi jeszcze czas służyło i spełniało swoje zadanie.

POLO bok

9. Grzegorz F
Mając lat siedemnaście i nie posiadając jeszcze prawa jazdy, kupiłem swój pierwszy samochód. Była to tavria 1.1 w kolorze wyblakłego ferrari odkupiona od emerytowanego marynarza, który w 1991 roku wygrał ją w karty od innego marynarza – tylko że rosyjskiego. Właściciel był już grubo po siedemdziesiątce, a jego samochodowa historia mogłaby posłużyć za materiał na całą książkę – zaczynał w późnych latach czterdziestych od fiata topolino, później miał kilkanaście aut, o które dbał jak o własne dzieci – a jej zwieńczeniem była właśnie owa tavria, którą starszy pan odsprzedawał z bólem serca, bo zaczynała mu się choroba parkinsona. Samochód był w stanie JEDYNY TAKI ZOBACZ, miał czterdzieści tysięcy na liczniku, zero rdzy i piękne czarne blachy, całe życie stał w garażu i kosztował sześćset złotych. Pojechałem na jazdę próbną, przetestowałem ten niezwykły bolid i umówiłem się na odbiór następnego dnia. Tu niestety zaczęły się problemy.

Właściciel postanowił pożegnać się ze swoim samochodem przed moim przyjazdem i wybrał się na ostatnią przejażdżkę. Pech chciał, że podczas wjeżdżania do garażu przywalił w obramowanie i wgniótł drzwi. Dla każdego normalnego nabywcy byłby to sygnał, że trzeba rezygnować, ale byłem już na tyle nakręcony na to cudo ukraińskiej myśli technicznej, że postanowiłem kupić tavrię mimo wszystko. Razem z sąsiadem wyprostowaliśmy drzwi metodą siłową i wszystko teoretycznie działało jak trzeba. Ponieważ nie miałem jeszcze prawa jazdy, tavria służyła głównie do jakichś krótkich nocnych eskapad i wożenia koleżanek z liceum po terenach podmiejskich. Pewnego dnia w schowku drzwiowym znalazłem czyjś ząb, ale zasadniczo tavria spisywała się na medal, a ja miałem z niej masę radości.

Przynajmniej do czasu, bo w pewnym momencie w samochodzie zaczęło się psuć wszystko po kolei, a znajomy mechanik coraz szerzej rozkładał ręce, zerkając wymownie w stronę pobliskiego złomowca. Na domiar złego kluczyk utkwił na dobre w stacyjce w pozycji drugiej i żadne WD40 nie było w stanie go wyciągnąć. Tavria stawała się w międzyczasie coraz bardziej pechowa, a kulminacją nieszczęść było holowanie, podczas którego ta postkomunistyczna odpowiedź na forda fiestę zerwała się z linki przy prędkości osiemdziesięciu kilometrów na godzinę – z wyłączonym silnikiem i hamulcami w stanie agonalnym.

Mimo wszystkich problemów tavrię dawało się uruchomić, ale proces jej odpalania był bardziej skomplikowany niż włączanie wielkiego zderzacza hedronów. Po otworzeniu drzwi należało wygrzebać spod fotela obcążki, żeby otworzyć maskę – rączka została mi bowiem któregoś razu w dłoni i nie dało się jej przymocować do wystającego spod kierownicy druta. Po otwarciu maski trzeba było włączyć akumulator, ten musiał być bowiem za każdym razem odcinany, żeby się nie rozładował, skoro kluczyk cały czas tkwił w stacyjce w pozycji drugiej. Po zamknięciu maski i drzwi należało ustawić ssanie na dwadzieścia procent i dokonać pierwszej próby odpalenia silnika. Ponieważ zawsze była ona nieudana, należało ustawić ssanie na pięćdziesiąt procent i dokonać drugiej próby. To także nie dawało zwykle rezultatów, należało więc ustawić ssanie na maksa, zakląć pod nosem, przekręcić kluczyk i liczyć na to, że tavria ma dobry humor. Jeśli akurat miała, pojawiały się tumany spalin, a dźwięk samochodu dorastał do rangi jego koloru, silnik był bowiem równie ogłuszający jak w przypadku ferrari – tylko że ferrari, które się rozchorowało. W tym momencie trzeba było szybko się ulatniać, zanim z pretensjami przybiegną okoliczny mieszkańcy, i liczyć na to, że tavria nie rozkraczy się na najbliższym zakręcie.

Czerwona zaraza wylądowała ostatecznie na złomowisku i była okropnym zakupem, ale – paradoksalnie – wcale nie żałuję, że ją kupiłem, bo tylu niewiele pojazdów jest w stanie dostarczyć tyle przygód.

10. Kacper Iks
Pojazd, o którym chcę opowiedzieć to moje pierwsze auto czyli Fiat Tipo z roku 1994. W zasadzie było to drugie auto, ale tym pierwszym prawie nie jeździłem i od razu sprzedałem (długa historia…). Przechodząc do konkretów. Fiat Tipo, kolor biały, rocznik 1994, silnik o pojemności 1,4. Wersja „S” co niestety nie oznaczało Special, Sport, czy też Super, lecz Standard czyli nic – golas. Przebieg tzw. „polski” czyli ok. 180 tys. km na blacie (a ile to miało w rzeczywistości…).
To o czym piszę działo się już kilka ładnych lat wstecz, lecz w dalszym ciągu nie potrafię znaleźć racjonalnego wyjaśnienia mojego zauroczenia Fiatem Tipo/ Tempra, a jeszcze bardziej wyjaśnienia decyzji kupna tego konkretnego egzemplarza. W sumie były to auta ładne, z welurowym środkiem i deską DGT. Takie też auto planowałem kupić – koniecznie z deską DGT. Długo nie mogłem znaleźć niczego w okolicy. Przypominam, że były to czasy gdzie Allegro i Otomoto były już solidnie umocowane na rynku, ale gazety w stylu „Auto Giełda Dolnośląska” nadal były w użyciu. Ostatecznie ukazało się ogłoszenie w Internecie. Jakość zdjęć wykonanych telefonem stacjonarnym nie powalała i co kluczowe, nie było zdjęć środka (czyli deski DGT)., ale w ogóle mnie to nie zraziło.
Stargowałem 500 zł przez sms ! Oczywiście nie wzbudziło to moich jakichkolwiek podejrzeń. Następnie w trakcie rozmowy telefonicznej, utargowałem jeszcze nowy przegląd. Wziąłem ze sobą, wujka (swoją drogą talent do wybierania aut ma on do dziś) i pojechaliśmy…
Oczywiście naczytałem się niezwykle wówczas popularnych for internetowych i zaopatrzony w cenne wskazówki internetowych znawców ruszałem po kupno auta. Uważaj na korozję przy kole zapasowym, zrób okrążenie na skręconych kołach, sprawdź olej, spójrz czy koła tylne „nie składają się do środka” – wszystko wiedziałem (o korozji przy kole będzie dalej).
Po przejechaniu jakiś 30 km byliśmy na miejscu. Dom po starym domku dróżnika kolejowego albo mała stacja kolejowa przerobiona na budynek mieszkalny. Wjeżdżając na typowe polskie podwórko (Ducato z lawetą, palety, krajzega, bielone cegły i stare opony jako obrzeża terenów zielonych…) oczom naszym ukazał się Fiat. To, że auto jest po dzwonie widać była z daleka. Bielszy od reszta białego auta przód (błotniki, maska) rzucał się w oczy.
Fiat, jak już wyżej napisałem, był w najpodlejszej wersji „S”. Z zewnątrz, poza dzwonem, wyglądał nie najgorzej. Rzucały się w oczy świeże progi pomalowane Biteksem (będzie jeszcze o nich). W końcu ukazał się on. Wysoki ok. 190 cm, ok. 40 lat, czarne włosy no i wąs. Pamiętam go dosyć dobrze. Na wstępie poinformował nas, że auto jest po małej kolizji, bo córka nim jeździła. Z czasem dowiedzieliśmy się, że autem jeździła tylko córka (dziś myśląc o tym zastanawiam się czy ów jegomość w ogóle był posiadaczem tej córki, bo wątpię w jej istnienie). Sprawdziłem bagażnik i nie wiem do dziś jak patrzyłem, ale ja tej korozji nie widziałem… Przeszliśmy do środka. Oczywiście nie było welurów i deski DGT. Podstawowy zegar bez obrotomierza. Najpodlejsza tapicerka, co ważne, w supermarketowych, tanich pokrowcach. Takich plątanin linek od pokrowców jeszcze nie widziałem i oczywiście nie dało się ich zdjąć. Oczom mym ukazał się dziwny guzik, bodaj po prawej stronie kierownicy. Tak, ten guzik to było ręczne ssanie. Moja zmora przez następny rok eksploatacji tego auta (ale przecież to 1,4, to nie może dużo palić !). Jedyne wyposażenie to radioodtwarzacz firmy Austria. Drewnopodobna stylizacja panelu i pilot do radia ! Oczywiście z czasem okazało się, że radio nie działa. Przy oględzinach otrzymaliśmy zapewnienie, że tu jest wieś i nie ma zasięgu i dlatego nie działa – logiczne… Ah ! Był też alarm, który właściciel rzekomo wyłączył, bo go denerwował (ale do tego jeszcze wrócimy). Fiat wyposażył to cudo motoryzacji także w fabryczny zegarek. Najszybszy zegarek na świecie – nigdy nie chodził równo.
W komorze silnika, bez zastrzeżeń. Auto zapaliło, przejechaliśmy kawałek (oczywiście kto by zwracał uwagę na twardy hamulec i wysoko łapiące sprzęgło) i nie wiem czemu zapadła decyzja o zakupie tego pojazdu. Emocje i chęć jeżdżenia wzięły górę. Pisanie umowy, herbatka, lalala i wracamy.
Zajechaliśmy. Familia obejrzała auto. Stwierdzono zgodnie, że ładne i wygodne (rzeczywiście wygodne było). Cóż więcej mogli stwierdzić ludzie, którzy jak dotąd auta jedynie tankowali i czasem myli. Po dwugodzinnym postoju, próba odpalenia i pierwszej przejażdżki. Oczywiście akumulator padł (po przejechaniu ok. 30 km i 2 godzinnym postoju !). Zatem akumulator był wydatkiem numer jeden. Po pewnym czasie zaczęła się także żarzyć kontrolka ładowania i poleciał regulator napięcia i coś tam jeszcze.
Po kilku dniach, gdy emocje opadły i chłonąłem, dokonałem oględzin wnętrza auta. Stwierdziłem brak gaśnicy, apteczki, trójkąta – rodak pamiętał co zabrać. Lewarek i dojazdówka była. Oczywiście purchawy, zamalowane pędzlem, na ścianie za zderzakiem też były i to prawie na wylot (w idealnie wskazanym przez forumowiczów miejscu). Podłoga zdrowa. Wycieraczka z tyłu nie działała, zamek bagażnika też (w sumie ponad rok auto trzymałem otwarte i nic mi nie zginęło). Przechodząc do środka. Zdjąłem te pokrowce. Oczywiście fotel kierowcy wyjechany do drutów, ale i tak było wygodnie. Okazało się, że ta córka to chyba koszarką lub siatkarką była, bo podsufitka nad głową kierowcy była już zmęczona. Pamiętam gdy podczas kulturalnego spożycia fast food’a we Fiacie mój kolega patrząc na podsufitkę zapytał: „co Ty tu masz za arrasy ?”. Podczas tego pierwszego „serwisu” chciałem sobie wlać płyn do spryskiwaczy. Oczywiście to co wlałem wyleciało dołem. Po dzwonie poprzednicy włożyli pęknięty zbiornik bez pompki – kolejne wydatki (dodam, że wymiana zbiornika do spryskiwaczy w tym aucie to nie była prosta sprawa). Kiedyś jak stałem na światłach i padał deszcz to parowało mi z maski (latem) z olejem też było wesoło. Przy wymianie okazało się, że filtr oleju w tym aucie był wielokrotnego użytku. Posiadał już dziury w powierzchni od dokręcania. Trzeba też była wymienić taką pompkę nad filtrem, bo z niej też kapało. Rozrząd cały w oleju… (nie wymieniłem go do końca eksploatacji).
Podczas eksploatacji odkryłem zgrzytanie dwójki przy redukcji. No i to ssanie. Jeździłem wówczas głównie krótkie trasy po mieście (szkoła, zakupy itd.), więc praktycznie go nie wyłączałem. Ile to paliło ? Ponad 10 l. na pewno zarówno w trasie jak i w mieście. Zresztą pomimo wizyt u kilku mechaników tego gaźnika wyregulować się już nie dało. Z czasem usłyszałem też tajemnicze trzeszczenie pod deską. Trwające ok. 5 sekund i cisza. I tak raz na jakiś czas. Oczywiście alarm nie był wyłączony tylko zepsuty. Dodatkowo instalując go ktoś wykonał ładną wirtuozerię przy kablach i stąd trzeszczało.
Pewnego niedzielnego popołudnia w skrzynce z bezpiecznikami (tej pod deską – tam właśnie trzeszczało) coś pizgnęło, syknęło i zaczęło się palić. Nie wiedzieć czemu nie zatrzymałem auta, lecz przyspieszyłem chcąc dojechać do domu. Może chciałem zgasić ogień jak piloci myśliwców w locie nurkowym ? Fajczyło się już całkiem konkretnie i jakieś 500 m od celu stanąłem na poboczu. Trzeba było użyć gaśnicy, bo plastik już ładnie kapał. Później u elektryka dowiedziałem się, że to wszystko przez ten alarm.
Dni mijały Fiat w zasadzie jeździł. Przyszło lato. Parkowałem pod drzewami toteż ptaki srały mi na to białe auto. Przy jednym z myć odkryłem, że lakier na elementach po dzwonie wytworzył coś w rodzaju pajęczyny i po czasie zaczął lekko się ścierać. Oczywiście rodacy fachowo wykonali prace naprawcze przed sprzedażą auta. Przy następnych kąpielach auta odkryłem, że lakier na masce jest już matowy i porowaty, a ptasie gówna wżerają się w niego i nie da się ich zmyć. Tak już zostało.
Ze starych Pneumantów notorycznie, pomimo wizyt u wulkanizatora, schodziło powietrze. Kolejny wydatek oponki. Pamiętam, że przy jednej z wymian kół odkryłem, że progi są rzeczywiście solidne (chyba jedyna rzecz w jakiej mnie nie orżnęli). Jednak pewnego razu zdejmując lewarek wyciągnąłem razem z nim spory kawałek bandaża do płyt karton-gips (taka siatka), który ktoś zakamuflował Biteksem.
Po czasie padło sprzęgło. Pewnego razu odleciała mi rura kolektorowa i w ten sposób prawie pozbyłem się kompletnego układu wydechowego (bo przez chwilę jechałem dalej). Po wymianie rury kolektora, jednej nocy, wybuchł – tak wybuchł) mi tłumik środkowy. Widziałem go po demontażu. Był rozerwany wzdłuż zgrzewu. Huk był duży, bo auto zgasło, ale potem normalnie paliło z tym, że hałas był znaczny. Po wymianie tłumika środkowego, z czasem, odleciała ściana tylna wraz z końcówką tłumika końcowego. Katalizatora tam nie było, więc miałem nowy układ wydechowy.
Kolejna historia dotyczy tzw. kostki przy stacyjce. Sprawa polegała na tym, że auto nagle gasło. Nie było prądu – nic, cisza, a samochód się toczył. Potem zapalało i jechało dalej. Sytuacja była wesoła gdy jechało się w tzw. trasie ok. 100 km/h i kostka „nie stykała”. Wówczas, np. w nocy i w lesie bywało wesoło (raz nawet było na zakręcie). Kostka kosztowała całe 45 zł. Wymiana zajęła mi 10 minut. Co odkryłem po demontażu osłony kolumny kierownicy ? Stara kostka, wręcz z niewyobrażalnym pietyzmem, pospinana tyrtytkami, więc coś się tam już działo…
Tak w ogóle to Fiat chodził bez kluczyka. Można była zapalić i wyjąc kluczyk, a auto dalej chodziło. Potem wkładasz i gasisz. Pamiętam, zostawiłem auto na ok. miesiąc pod domem i pojechałem na studia pociągiem. Wracam, a mieszkańcy pewnego budynku, odśnieżając dach zwalili hałdy śniegu na Fiata. Dach wgniótł się do środka, ale po wypchaniu rękami od środka (nogami chyba też) śladu nie było ! Odpaliłem, wyjąłem kluczyk, zamknąłem auto (cały czas na chodzie, zaparkowane w centrum przy ulicy) i wróciłem do domu. Po niecałej godzince wsiadłem do nagrzanego auta i bez trudności odjechałem.
Sporą ciekawostką były także wycieraczki. W Tipo/Tempra nie szło wymienić piór. Tylko całe ramiona. Oczywiście nie była zamiennika tego elementu, więc sztukowało się z innych aut (chyba z Felicii się brało, już nie pamiętam). Oczywiście, mój poprzednik, zamiast dokonać wymiany, kleił starw wycieraczki Poksipolem. Pamiętam jak jednego razu wysunął mi się z niej taki drut i wystawał jakieś 40 – 50 cm z boku auta w trakcie jazdy ok. 100 km/h (a one, tj. wycieraczki, całkiem pokaźne były).
Fiata używałem nieco ponad rok. Mógłbym opisać jeszcze inne historie, ale nie wiem ile stron by to zajęło. W końcu eksploatacji rozleciały mi się tylne cylinderki hamulcowe. Po naprawie, mimo wielu prób, nie dało się dobrze tego zrobić i odpowietrzyć, więc hamowało się na dwa naciśnięcia. Oczywiście mogłem wymieniać pompę, ale wówczas miałem już pieniądze na inne auto, a tego chciałem się pozbyć. W końcu eksploatacji pojawił się też inny problem. Przy wyższych obrotach i prędkości ok. 120 km/h w środku zaczynało śmierdzieć topionym plastikiem. Nadto gdy np. stałem „na światłach” i miałem włączony kierunkowskaz to słyszałem jak to „tykanie” przyspieszało i z czasem robił się z tego dźwięk ciągły.
Ogłoszenie o sprzedaży „wisiało” ok. miesiąca. W końcu klient się trafił. Pamiętam był piątek wieczór. Oczywiście jakąś godzinę przed omówionym spotkaniem zacząłem jeździć autem żeby nagrzać silnik i móc wyłączyć ssanie. Podyktowane to było tym, że na włączonym warczał jak czołg. Dodatkowo jak się trochę pojeździło to te hamulce też lepiej działały. W końcu pojawił się ów jegomość. Niski, tj. ok. 160 cm wzrostu i oczywiście pijany. Jazdy próbnej nawet nie było. Bardziej interesowała go cena, hak i to, że auto jest pakowne. Mając resztki przyzwoitości proponowałem byśmy transakcje przełożyli do jutra. Tak by był trzeźwy i mógł się przejechać. W odpowiedzi usłyszałem, że to musi się odbyć zaraz, bo potem idzie grać w karty i różnie może być. Przy okazji opowiedział mi, że kiedyś już w te karty przegrał kamienice (nawet podał adres). Więc dobiliśmy targu i za 1000 zł pozbyłem się Fiata. Pamiętam, że auto jeszcze ze trzy dni stało nieruszone. Nawet zacząłem się niepokoić, ale w końcu zniknęło.
Dziś po latach stwierdzam, ze była to cenna lekcja. Ostatecznie miło go wspominam. Auta od handlarza nigdy już nie kupiłem. Nauczyłem się całkiem sporo jeśli chodzi o naprawy i jazdę samochodem (mimo tych wszystkich atrakcji nigdy nie miałem nim żadnej kolizji). Czasem trafiam w Internecie jakieś dogorywające Sedicivalvole i mam głupie myśli, bo pieniądze są i miejsce też jest, ale póki co zdrowy rozsądek i pamięć o białym Tipie mnie hamuje.

2

11. Petter Van Rijn
Dzień dobry,
nie mogłem się zdecydować, który samochód opisać jako mój koszmarny wybór motoryzacyjny.
Dlatego opisałem oba.

Nissan Almera n15

Silnik:

1.4 zdławiony, dający mniej więcej tyle frajdy z jazdy co deskorolka bez kółek. Z przyśpieszeniem mniejszym niż zdolność do logicznego myślenia statystycznego polityka. Dodatkowo większa część kucyków ze zdławionego 75 konnego silnika porozbiegała się gdzieś w siną w dal, co powoduje, że start ze świateł zajmuje tyle czasu, że dryf kontynentalny zdaje się być mgnieniem wiosny.

Z jakiegoś względu nazywany „kuchenką gazową”, bo gaz jak wiadomo jest dla kuchenek (z resztą pięknie się to zgrywa z drugim rodzinnym autem Amicą (Hyundai Amica [sprawdźcie sobie jaki dokładnie to model 😉 {nomen omen nazywany lodówką ze względu na wygląd}]).

Wygląd:

Widzieliście kiedyś Poloneza Caro? To wygląda mniej więcej podobnie. To już jest dość konkretna obraza. Na pewno Japończycy zgapili od nas. Nadwozie 5 drzwiowe, trochę okien. Nawet lampy przednie w podobnym kształcie. To już coś znaczy. Nie zapada w pamięć, jak dowolny utwór muzyczny puszczany w najbardziej popularnych stacjach radiowych (a puszczany co półgodziny). Ogólnie desing karoserii jest nudny jak polskie komedie romantyczne, z tą kuriozalną różnicą, że da się na niego patrzeć i nie wyskakuje z niego Karolak. Gdyby ten samochód grał w filmach, byłby statystą skutecznie maskującym tło. Co prawda moja wersja jest po faceliftingu, ale efekt wyglądał mniej więcej tak jak na Cher. Jeśli nie widać różnicy to po co przepłacać. To już Honda Civic z tego samego okresu w 5drzwiach jest łatwiej zauważalna na pełnym samochodów parkingu.

Wnętrze:

Plastikowe jak twarz Meg Ryan. Szare jak powietrze w Krakowie. Dodatkowo materiał tapicerski jest w jakiś deseń wyglądający jakby się ktoś na niego zwymiotował czymś ciemno szarym (GX). Kilkukrotnie. Z premedytacją.

Pozycja za kierownicą jest dość niska. Ma się wrażenie, że siedzi się niemal na ziemi Jak w rasowym aucie sportowym. Co biorąc pod uwagę szybko postępującą korozję od progów (bolączka nie jednego Japońskiego samochodu pre 2000 – korozja ogólnie, nie koniecznie progi) po jakimś czasie faktycznie trze się tyłkiem o asfalt.

Do plusów można dołączyć, że auto jest dość obszerne i wygodne. Do tego stopnia, że osoby mające 1.5m siedzą twarzą w kierownicy, by dosięgnąć pedałów (serio). Miejsca na tylnym siedzeniu przy takim kierowcy jest wtedy tyle, że spokojnie Almera mogłaby zawstydzić nie jednego Maybacha. Nawet przy 2m kierowcy, z tyłu może spokojnie usiąść 2 m pasażer i nie będzie przy tym obcierać zębami kolan.

Prowadzenie:

Prehistoryczny układ zawieszenia może nie psuje się często, ale pozwala na odczucia bliskie wozom drabiniastym z początku XX wieku. Jest tak samo wygodne i tak samo radośnie podskakuje na wszelkich nierównościach. Jeśli szukacie sposobu by szybko dorobić się kołnierza ortopedycznego to szczerze polecam tego allegrowicza. Biorąc uwagę powyższe, prowadzenie nie pozostawia wiele do życzenia. Samochód jest bezwolny i jak posłuszny leming bezpośrednio reaguje na wszelkie rozkazy od Pana i Władcy na krańcu świata.

Hyundai Atos I gen

Silnik: Autko, przy swoim silniczku o pojemności opakowania mleka, jest całkiem zrywne. Przez pierwsze trzy biegi. Później samochód skupia się sam w sobie na kwestii utrzymania wszystkich elementów w jednym zbiorze. Chyba, że włączymy klimę, to proces medytacji nad utrzymaniem wewnętrznego Zen rozpoczyna się mniej więcej od drugiego biegu. Atos ma raptem 1 litr pojemności, ale przemieścić w czasie i przestrzeni 4 osoby i trochę bagażu (prawie jak Maluch). Z Maluchem ma również wspólny poziom generowania hałasu zarówno w środku auta jak i na zewnątrz. Do jazdy przy wyższych prędkościach sugeruję używanie zatyczek do uszu, a najlepiej nauszników. Najlepiej takich jakich używają czołgiści. Sam silnik położony jest na sankach które ze względu na to, że nie zostały pomyślane na rynki, gdzie soli używa się nie tylko do doprawiania potraw, często korodują i pękają. Dzięki temu niesamowitemu rozwiązaniu właściciele nie dbający o ten model mają szansę zapoznać się dokładnie z budową silnika bez trudnego procesu wyciągania go z komory silnika. Sam wypada/opada. Po jakimś czasie.

Wygląd:

Połączenie lodówki (stąd pewnie na angielskim rynku początkowa nazwa Amica) i chomika (patrz wersje po 2001 roku bez Prime, ze zmienionymi światłami). Krótkie zwisy przód i tył nadają się idealnie do wypuszczenia tego auta w teren i pozostawienia jednocześnie miski olejowej na dowolnym większym korzeniu. Tylne światła a’la Trans Sport, oraz podwyższony dach nadają mu trochę minivanowego wyglądu. W sumie jest spory. Tą lodówką, małą lodówkę dałoby radę przewieźć (incepcja). Jeszcze warto nadmienić o kolorze, który w nomenklaturze producenta określany jest jako Tweety Yellow. 😉

Wnętrze:

Powiedzieć spartańskie to nie powiedzieć nic. Szary plastik, szara tapicerka, szare myśli na temat szarego życia, szarego człowieka.

Na przednich fotelach siedzi się jak na toalecie (i tak wygodniej niż w Yarisie I gen). Jednak ogólnie założenia wnętrza są dość funkcjonalne. Kierownica skręca koła. Gałka zmiany biegów, zmienia biegi. Urządzenia do przyśpieszania, zwalniania i rozłączania biegów (bo nie napiszę przecież, że pedały) powodują zwiększenie nieznaczne, zmniejszenie prędkości lub umożliwiają bez uszczerbkową dla samochodu zmianę biegów. Siedzenia i pasy utrzymują pasażerów na miejscach by nie uciekali. Korbki opuszczają szyby. Przez szyby widać świat zewnętrzny i szare myśli na temat szarego życia, szarego człowieka.

Prowadzenie:

Auto dzięki swojemu prechistorycznemu układowi zawieszenia prowadzi się jak Misiewicz na imprezy. Gdzie mu wskażesz tam pojedzie. Twardo i nieugięcie będzie cisnął w nadanym kierunku. Podskakując przy tym wesoło w akompaniamencie trzeszczących elementów plastiku. Podobno można go położyć tak samo łatwo jak Trabanta, czy Mercedesa A168. Generalnie w przypadku spotkania z łosiem lepiej zaprosić łosia na kawę i ciastka niż próbować go awaryjnie omijać. Efekt pewnie niewiele się będzie różnił.

6_years__1_month__2_weeks_ago____by_xyz_petter-d9f1rka

12. Wokulski
Kiedy kupowałem ponaddwudziestoletnie Volvo 850, granatowy sedan, benzyna w gazie, myślałem, że poczuję się dzięki niemu jak polski pan z początku transformacji, tygrys kapitalizmu, władca folwarku, król na bazarze, polityk w ministry, no ktoś czyli.
Samochód kupiłem z wielkim napisem na zderzaku, który zachwalał jakąś firmę sprowadzającą wózki dziecięce czy coś tam, z numerem telefonu właściciela. Pomyślałem, ooo, to jest polisa, nikt by własnym imieniem nie podpisywał szrota, to przecież jeżdżąca reklama biznesu. A jakby co, to numer już mam, mogę zadzwonić z mordą jak volvo jednak okaże się miną.
Nigdy nie zadzwoniłem, bo naklejki szybko odeszły po grillowaniu opalarką (razem z kawałkami lakieru). Zaraz potem volvo zaczęło sugerować, że szrotem zdecydowanie jest. Psuło się dużo, za dużo, żeby wymieniać (choć dykteryjka o wajsze od świateł, która kiedyś została mi w ręku jak chciałem pomigać na bagiety z suszarką jest zdecydowanie warta odnotowania).
Części były do niego cokolwiek drogie, więc do mechanika pojechałem dopiero, jak na dużym skrzyżowaniu przeskoczyłem czerwone światło, bo wypadły mi klocki.
-Panie, tutaj, żeby usunąć całą galaretę w zawieszeniu i to zrobić jako-tako to potrzeba 5 koła,
MI-NI-MUM! – to ostatnie słowo mechanik powiedział wyraźnie sylabizując i capslockiem. Przyznam, że trochę mnie zaskoczył, bo niewiele więcej zapłaciłem za cały samochód. –Zaraz zaraz- dodał specjalista, który, tak się złożyło, był też eskapowcem zatwierdzającym ostatnio volvo do ruchu. –My temu złomu wbiliśmy przegląd? PRZECIEŻ TO JEST KRYMINAŁ!!!
Nie miałem śmiałości przypomnieć mu, że wtedy nie zaglądał do zawieszenia tylko w dowód rejestracyjny, czy aby nie walają się tam jakieś dodatkowe kolorowe papierki. Znalazł niebieski.
-WON Z TEGO WARSZTATU! NIGDY NIC TEMU PANU NIE BĘDZIE PODBITE, NAWET NÓWKA Z SALONU, ROZUMIECIE CHŁOPAKI?!- krzyknął do pozostałych.
Dotoczyłem się (he he) do domu, zaparkowałem volvo z tyłu podwórka, gdzie stoi do dziś, w charakterze klombu. Ja natomiast odwróciłem się na stałe od zwietrzałych insygniów sukcesu, których utrzymanie kosztuje tyle, co niezwietrzałych. Teraz jeżdżę rowerem. A jak zmarznę, to autobusem.

13. Kinga
Kiedyś gdzieś tata w wysokiej gęstwinie,

ujrzał to cudo, rzekł: biorę nim zginie!

Spojrzał pod mache, ropniak! powiada,

niezwykła podróż się zapowiada.

Dał już tysiaka, uśmiech na mordzie,

oto jest panem w gównianym fordzie.

Radio jest zbędne, tutaj się słyszy,

ten rechot potężny co nam towarzyszy.

Podjeżdżał pod dom, a w oknie już dzieci,

od kilku minut słychać jak „leci”.

Nie raz tak było, że w jazdy ferworze,

półksiężyc pękał jak lód na jeziorze.

Wtedy stawała się prawdziwa jazda,

bez sprzęgła szybko, do najbliższego miasta.

Skończyła się era od strzała odpalania,

a zaczęła era ręcznego wspomagania.

I tak gdy szło się do drogerii po fanty,

dla forda brało się dezodoranty,

Bo plaki to już droższa rzecz,

płać za odpalanie, a później głośno becz.

I tak pod machę, w filterek: pstryk,

a później wielkie 1,8TD w ryk.

Obroty spadały, więc gazowanie,

kolesie w betach brali to za wyzwanie.

A gdy już ręka od psikania mdlała,

dezodorantów w sklepie brak,

jedna opcja tylko została,

Sprzedajemy escorta? Tak!

I wziął sobie to cudo gówniarz szalony,

myślał, że diesel nieprzepalony.

I szalał ostro; prawo, lewo,

aż obalił przydrożne drzewo.

Tak się skończył żywot escorta poczciwego,

przez wszystkich uważanych za gównianego.

← Previous post

Next post →

45 Comments

  1. Ktosiek

    Widać Damian swój chłop. Znam to z autopsji – dziewczyna odchodzi, koledzy też „nie mają czasu”, a rodzice mówią, że od dziś mieszkasz w piwnicy ;_; . Ja już przywykłem, dlatego na miasto zawsze po zmroku, znaczki Kia można zastąpić Fordem.

    A tak na serio to ładnie Panie Notlauf – ludzie robią content, a Pan czerpie kasę z internetów ;-).

  2. Szkoda, że nie wziąłem udziału w konkursie. Napisałbym: „Moim pierwszym własnym samochodem był Ford Escort 1.3”. Chyba nie muszę wyjaśniać dlaczego bym wygrał.

  3. Ciekawe dlaczego mój komcio trafił do moderacji… czyżby słowo „Escort”?

  4. Błażej

    Ten tam od citroena co to go zamienił na Passata to żaden cytryniarz. Prawdziwy cytryniarz innego by nie oszukał sprzedając mu auto i by nie gadał bzdur, ze już nie produkuje się hydrowozów bo C5 ma nadal w opcji takie zawieszenie. Ja jeżdżę citroenami krócej bo kilkanaście lat. Były hydrowozy od GSA, a obecnie jest sprężynowiec, vanik ale nadal citro.

  5. Blejdzik

    Urzekła mnie historia pana od Citroena C5 – najpierw śmieje się ze stereotypów „samochodów na F”, a później sam uprawia stereotypy na temat SUVów i Passatów. Nie wspominając już o tym, że bez zająknięcia wspomina o sprzedaży samochodu z uszkodzoną skrzynią, co może podpadać pod wadę ukrytą…

  6. Pierwszy wpis i jego poziom językowy skutecznie zniechęca do czytania reszty. Może zmień kolejność?

  7. Hampel

    Ten Piotr W. to niezły przekrętas. Sprzedawać uszkodzone auto nie mówiąc kupującemu ani słowa, dobry kolo. Masz się czym chwalić. Żaden z Ciebie pasjonat, raczej typowy janusz oszczędzający każdy grosz na serwisie.

  8. dwóch pierwszych zdecydowanie powinno wygrać słownik poprawnej polszczyzny…

  9. Cham w Audi

    Stwierdzam, że ja to jednak miałem szczęście do samochodów (póki co). Jakieś drobne przypadki w sumie były, ale nie warte opisywania. W sumie nawet auto, które kupiłem za 100zł (słownie: sto złotych) służyło mi rok bezawaryjnie, a kupując go wcale nie miałem w planach nim jeździć. To było chyba w roku 2000, wtedy kupowałem nówkę Lanosa w salonie, a Daewoo dawało zniżkę 3000zł za złomowanie starego auta. Ponieważ auto, którym wtedy jeździłem było warte jednak więcej :) to wpadłem na pomysł żeby kupić jakieś papiery na malucha. Niestety wszyscy myśleli tak samo, handel papierami wtedy kwitł, dokumenty na malucha kosztowały 500zł – same papiery, bez auta. I właśnie wtedy trafiła się wspaniała Honda Accord w automacie i z welurami za 100zł. Do dziś tęsknię za tym autem i żałuję że się go pozbyłem.
    http://smclassiccars.com/uploads/postfotos/1979-honda-accord-cvcc-sedan-vintage-car-low-mileage-clean-title-runs-great-5.JPG

  10. Jacek

    Michal L jest zdecydowanym zwyciezca! :)

  11. to z cytryną to bardzo słabe, w życiu bywa różnie. Oby się nie okazało że cud w tdi nie będzie złą karmom …. tyle się czyta o pompowtryskach i dwumasach.

  12. benny_pl

    – zamszaly Trabant wcale taki zamszaly nie jest, moje Aro bylo ze 4x bardziej zamszale, poza tym wpis w dowodzie „pojazd bez silnika” wyborny :)
    – Rekord fajny, dziwny wlasciciel… mi tam w Duzym Fiacie nie takie rzeczy sie dzialy i zdrutowywalo sie na trasie i jechalo dalej, kabelek od ladowania tez raz odpadl, rozpadla sie guma od amortyzatora przedniego na gorze to odkrecilem nakretke, wycialem norzem kawalek wykladziny podlogowej, zlozylem na 2, wydlubalem dziurke i wsadzilem na trzpien amortyzatora i podkladka i nakretka i bylo, tlumik sie urwal razem z mocowaniem to przewiercilem dziure w bagazniku i zrobilem ucho z preta gwintowanego, zalozylem na rure i w bagazniku nakretke zakrecilem, jak sie rozbilem to wycialem blotnik gumowka a drugi na blachowkrety samogwintujace poprzykrecalem i pedzlem pomalowalem, wycieraczki odpadaly to wycialem paski blaszki z puszki po piwie i owinalem te bolce i wbilem mlotkiem ramiona wycieraczek, przegniwajaca coraz bardziej podloge lepilem bitexem i szmatami nakladanymi po namalowaniu i malowanymi jeszcze raz zeby wszystko sie zlepilo razem :) wentylator oczywiscie sie nie wlaczal wiez podciagnalem kable do kabiny i podlaczylem do przelacznika zeby go sobie recznie wlaczac, termostatu tez nie zakladalem bo poprzedni silnik jak mi sie zagotowal to popekaly pierscienie i potem musielismy z kolega i znajomym mechanikiem zlozyc jeden w miare dobry z 2 zdechlych silnikow, ale niezle wyszlo, przynajmniej zapalal dobrze, tylko 2 motodoktory trzeba bylo wlac bo kontrolka oleju migala na wolnych obrotach :) a na koniec tez wygnila tak podluznica ze przekladnia kierownicza sie cala ruszala i juz nie pomagalo uspawywanie kolejnych blaszek bo nie bardzo bylo do czego lepic, ale ostatecznie rozrzad przepilowal najpierw pokrywke rozrzadu i olej sie lal chlapal jak wsciekly, ale DF byl juz wtedy skazany na dobicie i mial jezdzic juz az zdechnie no i w koncu przeskoczyl ten rozciagniety rozrzad i zgasl i wiecej nie zapalil, ale mialem juz wtedy CC700 z ktorym tez bylo wiele przygod :)

    – silniki 1.4 Fiata duzo pala, to tipo w sumie i tak malo palilo skoro tylko 10, mialem sluzbowe Uno 1.4ie i ono palilo 13-14l benzyny! ale za to jakiego kopa mialo :)

    puki co nie urzekla mnie zabardzo zadna historia…

  13. Krzyś

    Porównanie Almery n15 do Poloneza przypomniało mi, jaki był zawsze ostateczny argument mojej żony, gdy twierdziła że nie będzie jeździć Suzuki Swiftem rocznik 1998, który miał zostać w domu jako drugie auto po zakupie nowszego. Gdy byłem w stanie dać odpór innym argumentom, że Swift jest zły, padał argument ostateczny „samochodem, który wygląda dokładnie tak jak Polonez jeździć nie będę…)”. Zresztą do dziś jak się oglądam za jakimś głupim pojazdem na sezon czy dwa żona wyciąga ten zamierzchły argument, że dany samochód jest „kanciasty jak Polonez”. Dlatego kupiłem Malucha, bo Maluch to Maluch i nie wygląda jak Polonez choć jest kanciasty :)

  14. benny_pl

    ps: teraz mam Tico za krote tez dalem japonski wzmacniacz :) mialo urwana belke przednia od podluznic, ale troche blach i spawarka i juz smiga :)

  15. Cham w Audi

    benny, miałem Uno 1.4 ies i przez 2 lata spalanie zawsze mieściło się w granicach 7-7,5 litra. Nie wiem co robiłeś że spalił Ci 13 litrów :) Rozmawiałem z innym gościem, który twierdził że spala poniżej 6, ale to starszy gość był. Moje pomiary były w miarę dokładne, bo zawsze lałem do pełna, z resztą do dziś tak robię. Uwielbiałem to auto, w tamtych czasach (lata 90-te) często przystawiali się do mnie różni mądrale np. w E30. To zdziwienie w ich oczach bezcenne :)

  16. Proszę przekazać Damianowi , że „bynajmniej” to nie to samo co „przynajmniej”.

  17. benny_pl

    to proste – moje bylo sluzbowe 😉 z piskiem szlo jeszcze na dwojce 😉

  18. Po tych wszystkich druciarskich opowieściach naprawdę można polubić samochody.
    Golfa II zwanego obibokiem (cały bok obity) kupiłem w Sylwestra, nie mając prawka B, które zrobiłem rok później, doprowadzając Golfa do stanu używalności po tym, jak po sprowadzeniu z Francji C&G wspawali mu tylną ćwiartkę (uczciwie), a potem dwie dekady znęcali się nad nim po pijaku zamiast uczciwie naprawiać. Z wad – nie żyje gaźnik (umarł dwa dni po tym jak wystawiłem ogłoszenie o sprzedaży), więc do odpalania w mrozy wlewam odrobinę wachy przez specjalnie wykonany otwór (no dobra, dziurę) w filtrze powietrza, wprost z wożonej w bagażniku butelki po Ludwiku. Na gazie chodzi jak nówka, tyle że za Chiny nie złapiesz niskich obrotów żeby cały nie drżał, więc naciskanie gazu na milimetr mam opanowane. Regulacja co dwa dni mi się znudziła. Hamulce tylne robiłem trzy razy aż się wkurzyłem i wszystko od zera na tip top – nowe szczęki, bębny prawie nowe (ze złomu z bardzo zadbanego grata z rozbitym ryjem). Drzwi kierowcy (i te za nimi też) wymienione z powodu rozbicia, ponownie bite tydzień później skłoniły właściciela do sprzedaży za równowartość ówczesnej stawki OC, którą nieuchronnie należało zapłacić. Te lewe drzwi trzeba otwierać włażąc do auta z prawej strony, co zbliża go do mojego „pierwszego samochodu” (też niemieckiego) czyli Simsona Duo.
    W aucie zrobione jest wszystko mechanicznie tak, że równik przejedzie bez napraw. Nowe heble, opony, wycieraczki, przeguby homo, naprawiona skrzynia biegów, wymienione prawe tylne nadkole na ulepa z blach własnego pomysłu. I uczciwie zakonserwowane po autentycznym odrdzewieniu. Grymaśny się zrobił, kiedy chciałem go sprzedać. Kiedy anulowałem decyzję o sprzedaży, wszystko wróciło do normy poza gaźnikiem. Da się żyć. Golf rocznik nieznany (w dowodzie składak 1996, z VINu żółty Diesel 1987, fizycznie szara benzyna ~1982) jest jak stary pies, któremu opatrzyłem łapę, wyczesałem dziadostwo z kudłów i zacząłem karmić. Jeździ, wozi graty, ciągnie mój dom kiedy mam ochotę się przeprowadzić, choć wtedy ciśnie ledwie 60 na godzinę i spala 14 litrów. Jest brzydki i szczerbaty – zgubił znaczek VW z grilla. Ale w sumie ma tak pocieszną mordę z tymi okrągłymi światłami, że OK. Na każdą jego skargę reaguję naprawą – tak się używa samochodu. Nie lubię jego wnętrza – sam plastik. Nie lubię jego patologicznie niskiego, 17cm zawieszenia, więc podwyższyłem, nadal za mało. Dlatego kupiłem UAZa. Ale Obibok wciąż jeździ, niezamęczany prędkoścami powyżej 75. Wozi części do naprawy UAZa. I pewnie będzie latał aż się zetrze po klamki, co mu jeszcze trochę zajmie zważywszy na 8 cm lift.

  19. Co ciekawe, naprawdę uczciwy przegląd na okręgówce przeszedł bez zająknięcia i „niebieskich papierków”, z usterek nieistotnych lekko za bogate spaliny na benzynie na niskich obrotach. Bo jak się rozgrzeje, to gaźnik odżywa. Także ten, historia nie tak mięsna jak powyższe, ale w klimacie.

  20. KIEROWCA

    Koszmarny wybór motoryzacyjny? Zdecydowanie Alfa Romeo 156 kupiona w komisie za namową braciszka byłej. A nie myślałeś o AR? To niedoceniana marka, można kupić ładny samochód zwracający na siebie uwagę ale za to taniej od BMW z tego samego rocznika. BMW to lans w negatywnym tego słowa znaczeniu, dla karków i prostaków. AR to samochód na poziomie, włoska ponadczasowa linia itp. Godziny wertowania forów na Internecie, wypatrywanie egzemplarzy na ulicach, które codziennie pokonują co najmniej kilkadziesiąt kilometrów. Małe miasto a więc to nie problem, niektóre pojazdy się zapamiętuje. Deska rozdzielcza i proporcje karoserii rzeczywiście przypadły mi do gustu. Myślę sobie i tak dużo nie jeżdżę co tam się może stać? Błąd! Oglądałem czarne combi ale bałagan w papierach i cena raczej zaporowa. W jednym z komisów oddalonym 30 km od mojego miasta dwa srebrne sedany w cenie ok. 2800. W ten sposób złamałem swoją zasadę: Nigdy ale to nigdy nie kupować w komisie od handlarza. Ale ok. Czwarty lipca 2016, szybka decyzja, dzwonię do kolegi, jedziemy. W pierwszej ogólnie syf: progi zamalowane bitexem, pianka wystająca spod tylnego zderzaka, zameczek w klamce wciśnięty na amen, ubłocone dywaniki. W drugiej gaz sekwencyjny ważny do 2020, nic nie stuka, nic nie puka, zdrowe progi, UPG cała, wydech cały, odpala na gazie jak i na benzynie. Cała teczka rachunków m.in. za instalację i serwis gazu, wymiany części. Poza drobnymi otarciami, podniszczonym fotelem, opornie chodzącą szybą w tylnych drzwiach i nie działającymi elektrycznymi lusterkami nie było się do czego przyczepić. W końcu to samochód z 98 roku, nie wymagajmy salonu! Wystawiona była za 2850, handlarz zszedł na 2400, żeby na fakturze móc wpisać 1500 i zapłacić mniejszy podatek. Dorzucił gaśnicę, trójkąt, większy akumulator.
    Od tego czasu zaczęły się schody. Już w trzy tygodnie od zakupu jechałem przez miasto. Przed Mazdę jadącą przede mną wbiegło dziecko. Mazda gwałtownie po heblach, ja z całej siły na hamulec niestety samochód zamiast stanąć dęba na zablokowanych kołach to zadziałał ABS, podskakujący pedał jak na krzywej tarczy i nastąpiło spotkanie z hakiem Mazdy. Pięknie rozpoczęty urlop! Plastikowy lakierowany pod kolor zderzak pęknięty i to akurat na samym środku gdzie znajduje się trójkątna atrapa. Wyłamało też czarną krateczkę przy halogenach. Od tego czasu było już tylko staczanie się po równi pochyłej w dół. Po przejechaniu ok. 1500 km zaczęło się odzywać zawieszenie. Ludzie się pytają co Ci tam puka. Średnio co trzy tygodnie któraś żarówka do wymiany. Dostęp? Jaki debil to tak zaprojektował! Słowa na k… leciały do piątego piętra, całe łapy poobdzierane. Któregoś dnia samoczynnie wyładował się akumulator – bo tak. Wszystko w środku było powyłączane. Naładowałem prostownikiem i od tego czasu wszystko było ok. Po dwóch miesiącach zaczęła szwankować elektryczna szyba w drzwiach kierowcy. Nie chciała się podnosić. Pod koniec września wysiadła dmuchawa. Bezpieczniki, wszystko dobre. Za chwilę spryskiwacz wycieraczki. Także we wrześniu wraz z nastaniem zimniejszych temperatur zaczął strzelać z gazu przy redukcji, przejeżdżaniu skrzyżowań na dwójce itp. Szybko przekonałem się dlaczego poprzedni właściciel zamontował stożek. Oryginalną puszkę zapewne rozerwało. Ciągle coś. Klamki, zamki, przełączniki, brak świateł. W końcu przed Wszystkimi Świętymi miarka się przebrała. Wyszedłem z pracy po nocce, odpaliłem na benzynie, żeby pochodził i się rozgrzał, wróciłem się po szmatę do przetarcia szyb. Wracam, patrzę a on zgasł. Wsiadam, kręcę na gazie i na benzynie, próbuję odpalić, pchamy z kolegami. Nic. Znajomy mechanik rozkłada ręce, tyle tu tych kabli naplątane. No nic, mówię to dawaj holujemy pod mój blok. Otwieramy klapkę z zderzaku a tam doszczętnie zardzewiałe mocowanie haka. Gwintujemy. Gwintownik pękł i został w środku. Mocujemy linkę do wahacza, bierzemy na hol. Kolega pociągnął mnie ok. 300 m i zapalił po kilku dniach postoju, jednak z wyraźną wibracją, falującymi obrotami. Mam dość. Jest sobota przed Wszystkimi Świętymi, wchodzę na OLX, daję ogłoszenie. W między czasie sprawdzam, odpala z kluczyka ale z oporami, może zgasnąć na każdym skrzyżowaniu. Na szczęście „szczęśliwy” nabywca się znalazł a za pozyskane fundusze tydzień później kupiłem Poloneza. I nie żałuję. W końcu jakiś normalny samochód. W okresie od listopada do marca już udowodnił swoją wyższość nad tamtą makaroniarską padaką. Wszystko co jak dotąd zrobiłem przy Polonezie to rzeczy typowo eksploatacyjne, które powinienem był ogarnąć po zakupie. Olej, filtry, pasek rozrządu. Sworzeń i tuleje drążków ale były luzy już na przeglądzie cztery miesiące temu a droga do mojej pracy przypomina krajobraz księżycowy.
    Dlatego nigdy więcej nic od handlarzy.
    Miałem kilka samochodów w tym Syrenę, Escorta Combi, Cinquecento, Poloneza. Po rodzinie też trochę tego było: Warszawa, Fiat, maluchy, Polonezy, Volvo, Opel Astra ale żaden tak skutecznie nie uprzykrzał życia jak AR156. Nikomu nie polecam.

  21. Hshan

    W sumie nr 10 całkiem ok, reszta słabizna…

  22. tez uwazam ze z dzisiejszych historii tylko 10 moze byc

  23. vitty

    Pozostaje mieć nadzieję że na wpis trafi szczęśliwy nabywca tego zrypanego C5. I albo zatrudni prawnika, który wykorzystując powyższy tekst odzyska dla niego kasę, albo jeśli będzie reprezentował nieco niższą kulturę, sprawi że oszust będzie musiał poruszać się na kółkach, nawet nie siedząc w aucie….
    To niepojęte – wnioskując z opisu, gość jest wykształcony, raczej niebiedny, ma dobrą pracę… Nie mogę pojąć jak można być taką mendą. To nie biznes życia za miliony tylko wyruchanie jakiegoś bidoka.
    No cóż… cytując klasyka; „Jestem Polakiem, mam na to papier i cały system zachowań…”

  24. Janusz Cebula

    3. Piotr W.

    Można jeździć francuskim samochodem a być większym polakiem-cebulakiem niż Mirek handlarz w Passacie B5.
    Żenujący typ i jeszcze się tym chwali.

  25. KIEROWCA

    80% pozbywających się samochodu robi to ponieważ zaczyna się sypać. Mirki w komisach zawodowo zajmują się pudrowaniem trupów. Piotr W. tylko otwarcie się do tego przyznał na forum publicznym. Podobny mechanizm jak z odwalaniem lewizn czy kradzieżami w zakładzie pracy. Kradnie prawie każdy tylko panuje zmowa milczenia. Dopóki nie znajdzie się jakiś głupek który zacznie się chwalić co to nie on, rozpuszczalnik wynosi litrami, na spawarce robi co chce, narzędzia wyrzuca przez okno a później zbiera. Wystarczy tylko, że znajdzie się jakiś społecznik albo ktoś będący rodziną biura i pozamiatane. Wielki szum a największa krytyka i potępienie z ust największych zakładowych kombinatorów w celu odsunięcia od siebie podejrzeń.

  26. Piotr W. – kiedy już Ci się znudzi ten pasek i będziesz rzygał na jego widok (czyli pewnie niedługo), polecem V70 III czyli po 2007. Upalam podobne auto (XC70 ’09) i myślę że to rozwiązanie Twoich problemów. Mały ekranik tylko do radia i obsługi telefonu, wszystko na przyciskach i pokrętłach, żadnych tabletów wbudowanych w deskę, ma dziurę na CD, dostępne są kremowe wnętrza (sam mam takie), bagażnik spory. Polecam silnik 2.4 D5 (nigdy, ale to nigdy nie sądziłem że będę komukolwiek polecał diesla, poza 1.9SDi czy 3.0D mercedesa), ma buta, nie psuje się i fajnie brzmi.

  27. Padalec

    Co jest takiego fajnego w wyruchaniu bez masła kupującego? Podbudowanie ego typu „a handlyż mnie oszukał to znajdę łosia i też bede cwany, jeszcze Czeczenowi wcisne golfa heheszki x100” czy co.

    Pana od C5 nawet nie chce mi się komentować. Szkoda strzępić klawiatury.

  28. nudny

    Niektóre historie dość piekielne muszę przyznać, a myślałem, że ja źle trafiłem z jednym ze swoich zakupów. Jak bardzo się myliłem.
    Spóźniłem się dziś na wizytę do lekarza bo mój zx nie chciał zapalić. Akumulator padł całkowicie, po podłączeniu do prostownika wskazało całe 0%. I teraz kiedy się ładuje zastanawiam się co go tak rozładowało, jak dotychczas nie gubił prądu, na pewno nie zostawiłem włączonych świateł, radia, ani żadnej lampki. Podjąłem decyzję by go sprzedać, ale zanim to zrobię chcę w nim porobić kilka rzeczy, tak żeby nie wrzucać kolejnego właściciela na minę. Potrzebuję jakiegoś taniego auta na codzienne dojazdy do pracy, planuję jutro obejrzeć Felicię, Maruti 800 i Poloneza Caro (wszystko w gazie do 1500pln) – co byście polecili? Najlepiej wypada Felka, ale korci mnie by w końcu spróbować na własnej skórze o co chodzi z tym całym szumem o Poloneza

  29. uachol

    ta opowiastka w komentarzach o dziadowskich naprawach dużego fiata miała mnie zawstydzić, zmotywować, załamać czy rozśmieszyć?
    Tipo 1.4 to najlepszy samochód na świecie, pod warunkiem że nie kupi się trupa. Nic się nie psuje, wymiany eksploatacyjne kosztują tyle co waciki a przy tym wersja na gaźniku idzie jak zła. Mój na dwugardzieli zapierdalał 180, no ale miałem egzemplarz z przebiegiem 85 tysięcy. Poza felernym łączeniem podłogi z progiem nie ma się tam do czego przyczepić, jak dla mnie najlepszy kompakt z przełomu lat 80/90.

  30. Tscheslav

    A mnie urzekła historia nr 11, dobrze napisana z humorem tak, że się porządnie uśmiałem.

  31. KIEROWCA

    Maruti to egzotyk a przy tym małe ciasne pudło porównywalne z Tico. Poldek i Felicja to normalne pełnowymiarowe samochody.
    Poldek najlepiej żeby posiadał Abimexa i hamulce Łukasze. Odnośnie Felicji się nie wypowiadam ponieważ nigdy w życiu nie jechałem ale łepek z pracy miał, codziennie dojeżdżał 20 km w jedną stronę, w weekendy na studia i sobie chwalił.

  32. Padalec

    @nudny: Maruti to takie lepsze Tico. Wszystko maksymalnie uproszczone, naprawy tanie, z jednym zastrzeżeniem, ale o tym za chwilę. Silniczek wystarcza do sprawnego poruszania się po mieście, w trasie też, ale wysokich prędkości przelotowych (dla innych samochodów normalnych) nie oczekuj. Trzech pasażerów spokojnie przewieziesz, chociaż najlepiej podróżuje się samemu lub w dwójkę – każdy balast jest odczuwalny. Z kierowcą tylko Maruti idzie jak mała, indyjska rakieta. Z pasażerem już mniej 😉
    Buda nie gnije tak jak w Tico. Powiedziałbym że o dziwo blach jest dobra. Jak ktoś kiedyś o to zadbał i konserwował to powinno być ok, bez dziur w podłodze i innych atrakcji.
    Teraz części i naprawy. Mechanior skroi i powie że nic nie da się do tego kupić bo egzotyka, zezłomuj to panie i kup coś normalnego. W momencie gdy coś się popsuje, a zdarza się to rzadko jak na starego rumpla, to większość części pasuje ze starego Alto i z Tico. Trzeba ruszyć głową i poszukać.

  33. Hampel

    Większość tych historii to raczej żale gości, którzy kupują auta w cenie najtańszego chińskiego skutera i rozpoczynają swoją litanię. Chcesz mieć coś pewnego to idź do salonu po nową Pandę, proste.

  34. Michał

    Ostatni wierszyk o fordzie zacny, ale jeżeli tym silnikiem 1.8 TD była endura, to co do drgań i hałasu emitowanego przez ten silnik się zgodzić nie mogę. Jedyną jego zaletą jest właśnie kultura pracy, chyba ze tamten był już tak zajechany :)

  35. Szymon

    „Bynajmniej tak mi sie zdaje”?
    Serio?
    Serio?
    Facepalm miesiąca.

    Historyjki fajne.

  36. KIEROWCA

    Nie do końca prawda. Trzeba po prostu mądrze szukać, z głową. Podstawowa zasada handlarzy i młodych cwaniaczków omijamy szerokim łukiem. Najlepsze są pojazdy od dziadków, pierwszych albo drugich właścicieli. Przodują w tym przypadku tzw. nieatrakcyjne marki – Polonezy, CC/SC, Felicje, Astry. Zwykle ich stan i przebieg nie pozostawia wiele do życzenia no ale co zrobić kiedy się uprze baran jeden z drugim, że dobry samochód musi być „sprowadzony z Niemiec”? Ludzie świadomie biegną do Mirka po jego pudrowane trupy z kręconymi licznikami a później płacz. A ja powiem tyle: chciałeś VAG-a z fotelami wypierdzianymi przez jakiegoś Hermann Goeringa no to teraz masz! Miej pretensje do siebie!

  37. Wojciech S.

    @Padalec
    Akurat w przypadku tego golfa na Allegro to cena była szrot+1000 zł. Golfy trójki nawet takie skopane jak mój, to w tamtym czasie chodziły po 2-3 razy drożej. A opis składał się z długiej litanii tego co w tym padło, odpadło, zepsuło się, i nie działa. (oprócz tej nieszczęsnej klapki co odpadła dzień po wystawieniu na allegro i dzień przed sprzedażą – i tu nie było czasu i pomysłów innych niż drutowanie). Z tego co zdołałem zrozumieć od tego Czeczeńca, to to, że on kupuje tego golfa, bo to golf, a oni w tej swojej Czeczenii to do golfów modlą się, dla golfów kaplice budują. I że on umie, że chłodnice zatka, że hamulce po co mu, niepotrzebne, etc (a że później się okazało, że nie umie i że jednak potrzebne to inna pieśń). Więc wolna wola.
    Skoro on do mnie shut up and take my money to ja take money.
    Życie nie składa się tylko z prostych i klarownych sytuacji, więc szanownemu koledze radziłbym nie rzucanie, jako pierwszemu, kamieniem.

  38. nudny

    @Kieroca @ Padalec – Dzięki za rady, dobrze wiem czym jest Maruti bo jeździłem kiedyś Tico i bardzo mi się podobało. Niestety, wszystkie te ogłoszenia okazały się już nieaktualne, zamiast tego pojechałem do pewnego komisu obejrzeć Fiestę 1.3 z 2000r. Tego szrota nie chciałbym nawet za darmo, teraz żałuję, że rok temu sprzedałem swojego 100% sprawnego i zadbanego BX’a tak tanio.

  39. Ausf. F2

    Tę historię o Citroenach zinterpretowałem w taki sposób, że autor chciał zamirkować, ale ostatecznie w przytomności innego citroeniarza jego serce zmiękło, a samochód doznał dzięki temu autonaprawy, wszak nabywca nie tylko, że nie pojawił się z obcęgami i palnikami, ale w ogóle nie zgłaszał żalów.

    Napisałbym, że czasem przydałoby się używanie autokorekty, ale w sumie błędy różnego rodzaju lepiej niż nienaganny tekst konweniują z opisami wrażeń z eksploatacji starych ścierw.

    Jedne opowieści bardziej, inne mniej ciekawe (część 1 >>> część 2), ale bym nie narzekał. Ludzie pisząc o samochodach opisują też ładny kawałek realiów społeczno-ekonomicznych, pokazują, kto jeździ samochodami, szczególnie starymi, i po co (nie jest tak, jak chciałaby nowa lewica, że blachosmrody to zupełnie zbędna fanaberia patriarchalno-neoliberalnej heteronormatywnej burżuazji, o czym najlepiej świadczy fakt, że na dyskusję o poliamorii w kontekście lacanowskim w Starbuniu cała wegerefugeeswelcomeegzekutywa dojeżdża rowerami i metrem, oprócz jednej chwalebnie radykalnej towarzyszki, której tatuś kupił BMW i3). Dość chyba symptomatyczny jest brak ciekawych opisów koszmarów związanych z samochodami z salonu — albo ludzie się wstydzą, albo opinie o sypaniu się jak choinki, bo systemy na literki, bo DPF, bo dwumasy, bo VW i TSI, są przesadzone, a historie zdechłych po miesiącu SL AMG są po prostu jednostkowe.

  40. Oskar

    Historia Michała świetna, szacunek. Za przygodę z samochodem i tak dobre przelanie jej na ‚papier’. Poza tym, za wybranie opla rekorda. Też nim jeżdżę, co prawda model D, ale z serduszkiem od E, na mniej problematycznym, jak na razie, wtrysku :)

  41. nudny: bardzo polecam Tico :) mam teraz i jestem bardzo zadowolony. warunek-musisz znalesc zdrowy blacharsko egzemplarz a to nie jest latwe, a najlepiej jeszcze z gazem to bedziesz jezdzil za darmo :) Tico z gazem to najekonomiczniejszy samochod nie liczac hybryd z gazem 😉
    Felicje tez polecam – kolega mial z 5 lat, nie dbal wogole, poobijal, nic nie wymienial, nigdy sie nie zepsula a byla za 1000zl, zreszta innemu koledze pomagalem w naprawie – wymienialismy skrzynie biegow, zalozylismy z Favoritki tylko trzeba bylo mocowanie posuszki przelozyc z Felicjowej, ogolnie bardzo solidnie i madrze zrobiony samochod, chetnie tez bym kupil taka w dobrym stanie, one gnija w sposob wogole nie przeszkadzajacy – nadkola, klapa, progi, a podloga praktycznie wogole!
    polonezy mialem 2, nie polecam, tzn w lecie moze byc, w zimie tragedia, zakopuje sie wszedzie i jezdzic sie nie da, blacha solona, gnije szybciej niz machasz pedzlem :)

  42. Padalec

    @ Wojciech S.: Życie nie składa się z prostych, czarnych i białych sytuacji, zgadzam się z tobą. Dlatego przedstawienie w ten sposób, z jednej perspektywy, nie pomaga. Twój komentarz dodał trochę kontekstu i od razu wygląda to lepiej.
    Nie wiem kogo dziwą reakcję alergiczne na wszelkie przejawy cwaniactwa czy usiłowania oszustwa przy sprzedaży samochodu lub czegokolwiek (nie odnoszę się teraz do konkretnej osoby czy sytuacji) tym bardziej wśród, w jakimś stopniu, pasjonatów motoryzacji czyli zdawałoby się przeciwieństwa Mirków handlarzy. Nie, nie żyję w pięknym świecie marzeń. Odrobina uczciwości zawsze popłaca, obopólnie.

  43. Wezmyr

    Taaaak, Rapid ma mały bagażnik. Ale brednia.

  44. Koszmarny wybór motoryzacyjny ? Jak do tej pory to do tej kategorii kwalifikuje się samochód, który nabyłem dwa lata temu a z największą przyjemnością pozbędę się go już w tym roku. Nie wiem czy tylko ja mam takiego pecha czy ten typ tak ma (a słyszałem już trochę negatywnych opinii więc chyba nie jestem sam). Chodzi o Forda Focusa z 2003 r. Nie wiem jakie licho mnie podkusiło żeby kupić Forda tym bardziej, że wcześniej nie byłem przekonany do tej marki. Pomijając stereotypy wolałem jednak samochody niemieckie. Do tego czasu jeździłem Passatem B4 którego wspominam z sentymentem. Dzielnie mi służył, wszędzie dowiózł, ładnie wyglądał i porządnie służył. Nigdy mnie nie zawiódł. Niestety ucierpiał trochę przez jakiegoś idiotę, który wymusił mi i przydzwonił w bok. Niezbyt opłacalna była naprawa więc sprzedałem go jak stał za uczciwe pieniądze i zacząłem rozglądać się za czymś bo potrzebowałem auta żeby dojeżdżać do pracy i załatwiać codzienne sprawy. Pośpiech niestety nie jest dobrym doradcą. Przez jakiś czas przeglądałem ogłoszenia z okolicy (nie miałem ochoty nigdzie daleko wybierać się po auto) w poszukiwaniu czegoś do jazdy z w miarę uczciwym przebiegiem. Zdecydowałem się na Forda Focusa od pierwszego właściciela, który stał nie daleko mojego domu. Do kupna przekonywała mnie żona, której bardzo się spodobał i znajomy, który wmawiał że to całkiem dobry samochód, był nawet kiedyś tytułowany samochodem roku i to już na pewno nie jest ten sam Ford co kiedyś (nie wiem czy mimo wszystko nie miał jakiegoś sentymentu do tej marki, bo trochę przejeździł Escortem ale pal go licho). W końcu uległem i zdecydowałem się kupić. Powiem szczerze że za właściwości jezdne to ma u mnie plusa. Zawieszenie oceniam bardzo dobrze, wygląd nadwozia też nie najgorszy, nawet ładnie się prezentuje (moja żona się wręcz w nim zakochała, rzecz gustu). Ale pod względem jakości wykonania i solidności to po prostu jakieś nieporozumienie. Zaledwie nie cały rok od kupna rdza zaczęła po prostu wpierdzielać ten samochód jak małpa kit. Progi, dolna część drzwi i tylna klapa to masakra. Zaczyna też powoli brać maskę. Szlag by to trafił, Pasek do momentu kolizji nie miał ani jednego grama rdzy pomimo że był o wiele lat starszy. To oczywiście nie wszystko. Jednym wielkim problemem tego samochodu jest niechlujna i niedopracowana elektronika. Co chwilę pada jakaś duperela. A to szyby elektryczne, a to impulsator – taka mała „pierdoła” , która odpowiada za to, że przestaje pracować mi prędkościomierz, licznik kilometrów i samochód łapie muła. Do tego często przepalające się żarówki, problemy z bezpiecznikami i wrzuceniem wstecznego. Przy większej wilgotności powietrza szyby parują jak opętane, trzeba włączać klimę żeby dało się w ogóle jechać (co skutkuje też spadkiem mocy). Na koniec dobiły mnie także jakże „oryginalne” fordowskie patenty typu maska otwierana kluczykiem czy niemożliwość otwarcia bagażnika pilotem (w samochodzie po 2000 r. z końcówki produkcji modelu). Zderzaki są słabej jakości, zimą lekko zahaczyłem o zaspę i było „bęc”. Pasek nie takie przeszkody ogarniał zwłaszcza jak się jechało gdzieś na grzyby czy na ryby 😉 Pomimo całkiem niezłego zawieszenia i nie najgorszego wyglądu ten samochód oceniam jako porażkę i do tej pory koszmarny wybór. Z sentymentem wspominam mojego pierwszego poczciwego Fiata 126p eleganta (który już powoli staje się samochodem kolekcjonerskim 😉 ), Audi 80 B4 i Passata B4. Ford daje najmniej powodów do zadowolenia. W tym roku planuję go sprzedać za w miarę uczciwe pieniądze mówiąc właścicielowi całą prawdę o tym samochodzie, nie picować karoseri tylko wystawić jak stoi i w dniu kiedy w końcu uda się go pozbyć otworzyć szampana. Rozglądam się coraz bardziej za Audi A4 B6 lub BMW E46 z końca produkcji. Każdy jeździ tym co mu się podoba i lubi jeździć tym co chce ale jak dla mnie niemieckie samochody (Passat, Audi, BMW) są jednak o wiele solidniejsze od fordowskich (i nie tylko) wynalazków z podobnych czasów a nawet i nowszych.

  45. bonczek/hydroforgroup/

    Cytat : „„co Ty tu masz za arrasy ?” – popłakałem się :-))

Dodaj komentarz